Gdy rynek w ciągu dwóch dni zyskuje na wartości ponad 250 pkt, to wiadomo, że musi na chwilę odsapnąć. Właśnie w takich kategoriach należy odbierać wczorajszą sesję. To tylko chwila odpoczynku po silnym wyskoku cen w górę. Na razie nie ma się czym martwić.
Przebieg notowań w ostatnich dniach, czy nawet tygodniach, sugeruje cały czas dobrą kondycję popytu. Zauważmy, że korekta, która trwa już kilka tygodni, nie jest tak głęboka, by miała zanegować styczniową zwyżkę. Także w mniejszej skali, ostatnich dni, sytuacja jest podobna. Wczorajszy spadek cen jest stosunkowo płytki i na razie niewiele wskazuje, by miał być czymś więcej, niż tylko korektą ostatniej falki wzrostów. Zauważmy, że ceny nie obniżyły się nawet do poziomu wybicia z konsolidacji, do czego mają pełne prawo w ramach ruchu powrotnego.
Czy zatem wzrost cen jest przesądzony? Rynek jest kapryśmy i jeszcze wiele scenariuszy jest możliwych. Nie jest wykluczone, że trwający od trzech sesji wzrost jest tylko kolejnym wahnięciem w ramach trwającej korekty średnioterminowej. Tym samym nie będzie wielkim zaskoczeniem, jeśli ceny ponownie spadłyby do okolic ostatnich lokalnych dołków, a nawet je nieco poprawiły (dla dodania pikanterii). Póki poziom wsparcia z początku stycznia się trzyma, założenie o trendzie wzrostowy będzie w mocy. Oczywiście może też dojść do ataku na szczyty. Dla nas ten dylemat jest właściwie ciekawostką. Kto trzyma się trendu, spogląda na rynek ze spokojem i może być jedynie zadowolonym, że ceny oddaliły się od poziomu wsparcia. Taki ruch zapowiada tylko kolejną spokojną sesję, na której nie będzie nic do roboty. Nerwy i emocje pozostawia się ich amatorom. Łapanie lokalnych ekstremów to sport dla miłośników wrażeń. Pozostałym chodzi po prostu o zarabianie.