Zacznijmy od dobrej wiadomości, ale później przyjdzie czas i na złą. Dobra jest taka, że w IV kwartale 2005 r. PKB wzrósł o 7,5%. Zła jest taka, że ten wzrost nie dotyczy PKB Polski, ale Słowacji. W III kw. gospodarka tego kraju rozwijała się w tempie 6,2%. Czytając takie depesze można tylko żałować, że w Polsce odważnych decyzji mamy jak na lekarstwo. Zamiast czerpać z dobrych przykładów znacznie łatwiej znaleźć szereg argumentów, by nic nie robić. My mamy "Polskę solidarną" cokolwiek to znaczy.
Sukces Słowacji uzmysławia, ile szans zostało zaprzepaszczonych, ile czasu straciliśmy. Niestety, wygląda na to, że ten proces się nie skończył. Nadal będziemy truchtać w miejscu marząc o wzroście na poziomie 5%, gdy inni będą pruć naprzód. "Będziemy w starej Europie szybciej niż nasi sąsiedzi" - komentował dane Urzędu Statystycznego wicepremier Miklosz. Recepta na uzdrowienie gospodarki? Czy to takie odkrywcze? "Inwestycje zagraniczne, mniejsze podatki, utrzymanie w ryzach wydatków publicznych i zwiększanie efektywności pracy kosztem ograniczania pomocy socjalnej." Taki tok rozumowania jest niestety nam obcy. No i coś, czego "polskosolidarnościowa elita" nie może przełknąć. - Zbieramy także żniwo 19-proc. obniżonych stawek podatkowych. W 2005 roku ściągnęliśmy o 85% więcej podatków niż rok wcześniej - mówił wicepremier Miklosz. Brawo Słowacja!
U nas inaczej
Gdy Słowacja, chwali się osiągnięciami na polu walki z odchudzaniem budżetu, my dostajemy cios w postaci ostrzeżenia, że nasz budżet może tego roku w takim kształcie, jaki został uchwalony, nie przetrzymać. "Dochody z podatków mogą być w tym roku nawet siedem i pół miliarda złotych niższe od zapisanych w budżecie" - autorem tego ostrzeżenia jest profesor Andrzej Wernik z Instytutu Finansów Wyższej Szkoły Ubezpieczeń i Bankowości. Szybko pojawiły się głosy uspokajające i sugerujące, że obawy na razie są przedwczesne. Zwrot "na razie" jest tu chyba kluczowy.
Co ciekawe nawet strona rządowa przyznaje, że w budżecie istnieją pewne napięcia, ale szybko dodaje, że jeśli nawet pojawią się jakieś braki, to z pewnością nie będzie to aż taka kwota, o jakiej mówi profesor Andrzej Wernik i sytuacja nie będzie wymagała poważniejszych korekt. Wiceminister finansów Elżbieta Suchocka-Roguska zgodziła się, że jest "zagrożonych kilka kategorii dochodów, ale łączne wpływy mogą być mniejsze najwyżej o pięć miliardów złotych w stosunku do kwot przewidywanych w ustawie." Co tam, pięć w jedną, czy w drugą stronę.