Reklama

Uciekające szanse

Czy wybicie, jakie miało miejsce w piątek ma szansę na kontynuację? Przyznam, że mam obawy. Aktywność nie było zbyt duża, co może wskazywać na przypadkowość tego ruchu. Prawdziwym testem będzie więc dopiero ewentualny atak na szczyt hossy. Nie będę zgadywał, jak się to skończy, choć na razie mam pewne wątpliwości, odnośnie gotowości rynku do bicia nowych rekordów.

Publikacja: 27.02.2006 09:01

Zacznijmy od dobrej wiadomości, ale później przyjdzie czas i na złą. Dobra jest taka, że w IV kwartale 2005 r. PKB wzrósł o 7,5%. Zła jest taka, że ten wzrost nie dotyczy PKB Polski, ale Słowacji. W III kw. gospodarka tego kraju rozwijała się w tempie 6,2%. Czytając takie depesze można tylko żałować, że w Polsce odważnych decyzji mamy jak na lekarstwo. Zamiast czerpać z dobrych przykładów znacznie łatwiej znaleźć szereg argumentów, by nic nie robić. My mamy "Polskę solidarną" cokolwiek to znaczy.

Sukces Słowacji uzmysławia, ile szans zostało zaprzepaszczonych, ile czasu straciliśmy. Niestety, wygląda na to, że ten proces się nie skończył. Nadal będziemy truchtać w miejscu marząc o wzroście na poziomie 5%, gdy inni będą pruć naprzód. "Będziemy w starej Europie szybciej niż nasi sąsiedzi" - komentował dane Urzędu Statystycznego wicepremier Miklosz. Recepta na uzdrowienie gospodarki? Czy to takie odkrywcze? "Inwestycje zagraniczne, mniejsze podatki, utrzymanie w ryzach wydatków publicznych i zwiększanie efektywności pracy kosztem ograniczania pomocy socjalnej." Taki tok rozumowania jest niestety nam obcy. No i coś, czego "polskosolidarnościowa elita" nie może przełknąć. - Zbieramy także żniwo 19-proc. obniżonych stawek podatkowych. W 2005 roku ściągnęliśmy o 85% więcej podatków niż rok wcześniej - mówił wicepremier Miklosz. Brawo Słowacja!

U nas inaczej

Gdy Słowacja, chwali się osiągnięciami na polu walki z odchudzaniem budżetu, my dostajemy cios w postaci ostrzeżenia, że nasz budżet może tego roku w takim kształcie, jaki został uchwalony, nie przetrzymać. "Dochody z podatków mogą być w tym roku nawet siedem i pół miliarda złotych niższe od zapisanych w budżecie" - autorem tego ostrzeżenia jest profesor Andrzej Wernik z Instytutu Finansów Wyższej Szkoły Ubezpieczeń i Bankowości. Szybko pojawiły się głosy uspokajające i sugerujące, że obawy na razie są przedwczesne. Zwrot "na razie" jest tu chyba kluczowy.

Co ciekawe nawet strona rządowa przyznaje, że w budżecie istnieją pewne napięcia, ale szybko dodaje, że jeśli nawet pojawią się jakieś braki, to z pewnością nie będzie to aż taka kwota, o jakiej mówi profesor Andrzej Wernik i sytuacja nie będzie wymagała poważniejszych korekt. Wiceminister finansów Elżbieta Suchocka-Roguska zgodziła się, że jest "zagrożonych kilka kategorii dochodów, ale łączne wpływy mogą być mniejsze najwyżej o pięć miliardów złotych w stosunku do kwot przewidywanych w ustawie." Co tam, pięć w jedną, czy w drugą stronę.

Reklama
Reklama

Spokój premiera

Panicznym reakcjom na rewelacje profesora Andrzeja Wernika sprzeciwia się minister finansów Zyta Gilowska. Przypomina o zbliżonej sytuacji z października 2001 roku. Ówczesny minister finansów Marek Belka przedstawił plan redukcji o wartości 10 mld zł. Zmniejszono wydatki w resortach zdrowia, sprawiedliwości oraz edukacji. Doszło do cięć w wydatkach bieżących i nakładach inwestycyjnych - nie ruszano płac i świadczeń społecznych. Nasuwa się jednak pytanie, czy obecna ekipa na takie ruchy pójdzie? Czy pani minister ma na tyle silną pozycję, by przeforsować podobne rozwiązania?

Już teraz widać, że na większe cięcia się nie zanosi. Wspomina się o "możliwości przeniesienia problemów budżetu na rok 2007", czy "przesunięciach części wydatków inwestycyjnych o miesiąc, dwa na styczeń 2007 r.". W ostateczności rząd może uciec się do najbardziej drastycznego rozwiązania - "cięcia wydatków administracyjnych". Gilowska zapewnia, że na pewno nie podniesie podatków. Czy faktycznie cięcie wydatków administracyjnych jest "najbardziej drastycznym rozwią zaniem" można podyskutować, ale cieszy ta "deklaracja podatkowa".

Cięcie podatków?

Tak, ale trzeba poczekać

I tak weszliśmy na grząski grunt podatków. W tym tygodniu padło kilka obietnic, tylko czy ktoś jeszcze w nie wierzy? Zyta Gilowska zapewniła, że nadal jest zdania, iż podatki powinny być obniżone, choć oczywiście nie stanie się to zbyt szybko. Pani minister ma zamiar obniżyć składkę rentową, a także stawki podatku dochodowego od osób fizycznych. Mówi się o obniżce tej pierwszej o 3% oraz sprowadzeniu stawek PIT do 18 i 32%. Jej zdaniem te propozycje mają szanse wejść w życie za minimum 2 lata.

Reklama
Reklama

Mniejsze podatki, to siłą rzeczy mniejsze wydatki. Jak szacuje Gilowska, wydatki budżetu państwa mogłyby być ucięte o 0,8-1,0% PKB, ale szybko dodała, że i z tym będzie trudno, bo "posłowie bardzo dużo naobiecywali - dubeltowe becikowe czy dodatkowe pomoce socjalne dla rolników". Jakie są więc warunki dla programu cięcia wydatków oraz obniżenia podatków? "Nie musi się wydarzyć żaden cud gospodarczy. Niech będzie to, co teraz zakładamy czyli wzrost ok. 5%, niska inflacja i poprawiająca się koniunktura w Unii Europejskiej". No proszę, jakie to proste. Pod warunkiem, że Sejm nie będzie miał ochoty na konsumpcję tego wzrostu PKB.

Gdzie szukać rezerw?

Co do koniunktury w UE, to pojawiły się nieco lepsze prognozy, choć nadal dynamika wzrostu jest delikatnie mówiąc ślamazarna. Komisja Europejska podniosła swoje przewidywania odnośnie tempa wzrostu PKB z 2,1 na 2,2%, a dla strefy euro pozostawiła na tym samym poziomie, czyli 1,9%. Można zatem odnieść wrażenie, że korekta dotyczy krajów spoza eurolandu. Przypomnijmy, że wzrost PKB w 2005 r. wyniósł 1,5%, a w strefie euro - 1,3%. Optymizmem powiało także z Niemiec, gdzie mówi się już o możliwości wzrostu w tym roku o ponad 1,5%, a są i tacy, co przebąkują nawet o 2%.

Gdzie więc szukać rezerw na ewentualne niedobory w dochodach budżetu? Pewnym rozwiązaniem jest niższy koszt obsługi zadłużenia Skarbu Państwa. Tu oczywiście pojawiają się nadzieje, jeśli nie mówić o lekkiej perswazji ze strony rządu, na kolejną obniżkę stóp procentowych. O możliwości takiego ruchu mówi zarówno minister Zyta Gilowska, jak i sam premier Kazimierz Marcinkiewicz. Tu interes jest jasny - niższe stopy, to łatwe oszczędności i zaskórniak na ewentualne problemy. Tylko, że ten kij ma dwa końce. Niższe stopy to mniejsza chęć do inwestycji w Polsce, co może się odbić na poziomie kursu złotego. Na razie jest on mocny, ale ten stan nie musi przecież trwać wiecznie.

Niska inflacja

to nie wszystko

Reklama
Reklama

Oboje sygnalizują, że najpoważniejszym argumentem za obniżką stóp procentowych jest niska wartość inflacji. Czy faktycznie jednak jest to argument, który RPP ma brać pod uwagę, jako kluczowy? Zauważmy, że Rady nie interesuje aż tak mocno aktualna inflacja, ale głównie jej kształtowanie się w przyszłości. Obecna inflacja jest już tylko skutkiem wcześniej podjętych decyzji. Rodzi się pytanie, jaka ona będzie za kilka, czy kilkanaście miesięcy. Ostatnio opublikowana projekcja każe przypuszczać, że sytuacja jest opanowana, ale czy faktycznie? Za ostrożnością przemawiają dane, które przy sporządzaniu projekcji nie były brane pod uwagę, jak choćby szybszy wzrost gospodarczy w IV kw. 2005 r. czy spora dynamika sprzedaży detalicznej w styczniu br.

Argument porównujący poziom stopy referencyjnej z wielkością inflacji, jaki wysunął premier Marcinkiewicz także jest dość śliski. Poziom realnego oprocentowania w Polsce musi być po prostu wyższy od europejskiego. Chcąc czy nie chcąc, jesteśmy krajem o podwyższonym ryzyku inwestycyjnym i tym, którzy pożyczają nam swoje pieniądze należy się z tego tytułu premia. Inną sprawą jest jej wysokość, ale przecież to już nie zależy od samej RPP.

Porównanie ze stopami w USA jest zasadne, ale tylko na poziomie stóp realnych. Nominalnie wyższe stopy procentowe w USA niż w Polsce mogą się utrzymywać przez dłuższy czas. Tu raczej ciekawie wyglądają kierunki zmian. W USA cały czas mamy wzrost, i jak sygnalizują ostatnie wypowiedzi Bena Bernanke, niewiele wskazuje na zmianę tego stanu rzeczy, choć każdy ma na uwadze, że powoli cykl dobiega końca. Nasz cykl także dobiega końca, z tZbyt mocne obniżenie stóp względem poziomu światowego mogłoby się na nas zemścić.

Gra w ciemno?

Za wstrzymaniem się z decyzją o obniżce stóp procentowych w Polsce przemawia także fakt, że sama decyzja ma zapaść we wtorek, a dopiero dzień później GUS poda informację o dynamice PKB w IV kw. 2005 r. Znamy już wprawdzie wstępne dane za cały 2005 rok, ale okazuje się, że IV kwartał jest tu kluczowy. Posiadając wartości odnoszące się do całego roku oraz trzech kwartałów, można szacować dynamikę w kwartale IV. Mówi się o 3,9-4,2%. Nie mniej ważna jest tu dynamika inwestycji. Wzrost może wynieść 10%. Czy więc RPP podejmie decyzję już teraz, czy też jednak poczeka z nią do marca? Jeśli do obniżki dojdzie już teraz, a dane makro okażą się świetne, nie jest wykluczone, że będzie to ostatni ruch RPP w tym cyklu.

Reklama
Reklama

Wraca zmienność

Na koniec kilka słów o samym rynku. Jak widać, z poprzednich akapitów czeka nas ciekawy tydzień. Pewne wątpliwości się rozwieją, ale kilka z pewnością pozostanie. Powoli kończy się okres stabilności w polityce monetarnej zarówno w Polsce, jak i na świecie. Wrasta poziom niepewności co do dalszych ruchów głównych rozgrywających. Próbkę tego mieliśmy po publikacji protokołu posiedzenia dotyczącego wysokości stóp procentowych Banku Anglii. Inny rozkład głosów niż oczekiwano (8-1, zamiast 7-2) wywołał spory ruch na tamtejszych papierach dłużnych. U nas nie będzie inaczej. Kolejne decyzje RPP będą niewiadomą, co powinno zaowocować zwiększoną zmiennością.

Za zwiększoną zmiennością przemawia także fakt próby piątkowego wybicia cen w górę. Niemal przez cały tydzień przebywaliśmy w konsolidacji. W znacznie większej konsolidacji przebywamy już od ponad miesiąca. Czy to piątkowe wybicie ma szansę to zmienić? Przyznam, że mam obawy. Aktywność nie było zbyt duża, co może wskazywać na przypadkowość tego ruchu. Prawdziwym testem będzie więc dopiero ewentualny atak na szczyt hossy. Sukces byków może się przerodzić w dynamiczny wzrost kończący średnioterminowy ruch boczny. Ewentualna porażka może skusić kolejnych graczy do gry "pod szczyt hossy", co może się przerodzić w dość szybki spadek cen. Nie będę zgadywał, jak się to skończy, choć na razie mam pewne wątpliwości, co do mocy rynku. Cały czas za kluczowe uważam wsparcie na poziomie dołka z początku roku. Póki ten poziom się trzyma założenie o trendzie wzrostowym wydaje się słuszne. Może o kierunku ruchu zadecydują dane makro? Jakie uznamy za świetne? Wzrost PKB przekraczający 4%? Tak to będą dobre dane, ale nie zapominajmy, co nam ucieka - to i tak tylko nieco więcej niż połowa dynamiki słowackiego PKB.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama