Jeszcze przed otwarciem można było przypuszczać, że wczorajsza sesja przełomem nie będzie. Ostatnie akcje, jakie przeprowadzał popyt, pozostawiały wiele do życzenia i nic nie wskazywało, że tym razem będzie inaczej. Początek był całkiem dobry, ale gdy ruszyły notowania akcji i okazało się, że nie ma komu kupować, wszystko stało się jasne. Plusy błyskawicznie zamieniły się na minusy. Przez kilka godzin tkwiliśmy w konsolidacji. Końcówka ponownie należała do niedźwiedzi. Rynek zaczął słabnąć już po 14.00, ale zdecydowanie przyspieszył tuż przed 15.00, gdy na konferencji prasowej prezes PiS ponownie zagroził wyborami.

Cały czas znajdujemy się w konsolidacji, która jest kreślona od początku roku (poza pierwszym tygodniem, gdy ceny dynamicznie rosły). Tak długi okres ruchu bocznego, z jednej strony pozwala oczekiwać emocji przy wybiciu, ale z drugiej sygnalizuje, że z trendem nie wszystko jest w porządku. Gdyby faktycznie rynek był w świetnej kondycji, to konsolidacja nie trwałaby tak długo. Widać oznaki dystrybucji papierów. Na razie nie jest ona dla rynku bolesna - nie wyklucza wyskoku w górę i nowych rekordów. Wygląda jednak na to, że nie będzie to już ruch równie spektakularny, jak miało to miejsce poprzednimi razy.

Nadal wydaje mi się, że szczyt hossy jest jeszcze przed nami, co sygnalizują choćby rynkowe nastroje. Ponownie mamy ujemną bazę, która nie jest raczej własnością rynku niedźwiedzia. Cały czas widać aktywną grupę graczy próbujących złapać szczyt hossy. Można domniemywać, że tylko skład tej grupy ulega zmianom. Póki jest ona znaczna, trend ma szansę na kontynuację. Ten tydzień kończymy grą nerwów między tymi, którzy widzą na wykresie formację podwójnego szczytu, a tymi, którzy tę formację ignorują właśnie z powodu tego, że inni ją widzą.