Trudno uznać, że wczorajsza sesja przebiegała jednolicie na wszystkich giełdach. Ostatnio poszczególne rynki zdają się kroczyć własnymi ścieżkami. Rozbieżności było widać nawet w naszym regionie. Gdy WIG20 nie zdołał obronić początkowej zwyżki, to węgierski BUX zyskał aż 3,5%. Piątkowe nowe szczyty cen miedzi i zwyżka notowań ropy naftowej mogą zapowiadać powrót lepszej koniunktury na te rynki wschodzące, na których dominują spółki surowcowe.
Tymczasem niemiecki DAX zakończył sesję na niewielkim minusie. Względna słabość frankfurckiej giełdy pod koniec mijającego tygodnia nie dziwi jednak z uwagi na jego sytuację techniczną. Otóż DAX znalazł się na poziomie oporu wynikającego ze szczytu z 27 lutego - 5915 pkt. Jak widać, jego pokonanie nie jest prostą sprawą. Niezdecydowanie byków zaczyna stawiać pod znakiem zapytania możliwość powtórki wydarzeń z końca stycznia. Wówczas sytuacja była niemal identyczna jak obecnie - bardzo podobna była najpierw korekta spadkowa, a później odrabianie strat. Tyle że wtedy DAX zdołał gładko przemknąć przez opór, co oznaczało kontynuację hossy.
W USA sytuacja na giełdach pozostawia sporo do życzenia. Z jednej strony, nowe szczyty S&P 500 to powód do zadowolenia. Inwestorzy pamiętają jednak zapewne, że w ubiegłym roku przebicie średnioterminowych oporów zamiast trwałą zwyżką kończyło się zazwyczaj realizacją zysków. Poza tym dość optymistyczne położenie S&P 500 to tylko wycinek obrazu całego rynku. Słabo przedstawia się sytuacja spółek technologicznych. Nasdaq Composite niezmiennie tkwi w trendzie bocznym, właściwie już od początku stycznia. Przebicie szczytu z tamtego miesiąca (2331 pkt) byłoby potwierdzeniem hossy na całym rynku. Trudno powiedzieć, czy to przypadek, czy nie, ale obecnie opór dla Nasdaqa znajduje się mniej więcej na tym samym poziomie co lokalny szczyt z maja 2001 r. (kiedy zakończyła się prawie dwumiesięczna korekta wzrostowa długotrwałej bessy), a także dołek ze stycznia 2001 r.