Reklama

Wątpliwa konkurencyjność

Coraz bardziej prawdopodobny wydaje się scenariusz lekko spadkowego kanału. Można przyjąć, że ewentualne wybicie ponad jego obszar powinno dać ruch podobny wielkością do wysokości tego kanału. W efekcie nowy szczyt (okolice 3150) nie byłby znacznie oddalony od poprzedniego.

Publikacja: 27.03.2006 09:57

W minionym tygodniu Polsce dostało się za opóźnienia w procesie wdrażania zmian, które mają pomóc w osiągnięciu zamierzeń strategii lizbońskiej. Jak pamiętamy, jej pierwotna treść - by kraje Unii były najbardziej konkurencyjną strefą na świecie - skorygowano do nieco mniej ambitnego zapisu (kraje Unii Europejskiej będą jednymi z najbardziej konkurencyjnych stref na świecie). Zmiana treści nie zmieniła oczywiście stanu faktycznego, że kolos obciążony polityką socjalną nie zmieni się w krótkim czasie w gospodarczego geparda. Wymaga to poważnych zmian, na które, po prostu, nie ma przyzwolenia. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że zmiany będą zachodzić, choć nie ma się co łudzić, że będą one dynamiczne.

W raporcie CER Polska pod względem wdrażania gospodarczej strategii wzrostu znajduje się na 26. miejscu. Nasz kraj jest choćby za Bułgarią i Rumunią, które dopiero mają zostać członkami Wspólnoty. Główne zarzuty pod adresem Polski to: wysokie bezrobocie, utrudnienia dla zagranicznych inwestorów, zawiłość systemu podatkowego, niewielkie i spadające nakłady na badania i rozwój. Patrząc na tę wyliczankę, łatwo jest dojść do wniosku, że skokowej zmiany jakościowej nie da się uzyskać.

Rząd odpowiada

W odpowiedzi na zarzuty, rząd Kazimierza Marcinkiewicza przedstawił przyjęty w grudniu 2005 r. trzyletni Krajowy Program Reform. Jego zadaniem jest osiągnięcie celów, jakie stawia przed nami strategia lizbońska. Program zyskał pozytywną ocenę Komisji Europejskiej, chociaż wytknęła ona braki dotyczące harmonogramu i instytucji odpowiedzialnych za realizację. Wynika więc z tego, że mamy do czynienia z dwoma wirtualnymi bytami. Z jednej strony - zbiór pobożnych życzeń o konkurencyjności krajów Unii, która ma być osiągnięta za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a z drugiej - kolejny zbiór życzeń bez harmonogramu realizacji.

Mimo braku harmonogramu, zdaniem przedstawicieli rządu, realizacja programu została rozpoczęta. Resort gospodarki przygotował m.in. projekt nowelizacji ustaw o swobodzie działalności gospodarczej i o specjalnych strefach ekonomicznych, a także zmiany prawa energetycznego. Zdaniem wiceministra Andrzeja Kaczmarka, który ze strony rządu sprawę referował, wyraźna poprawa konkurencyjności polskiej gospodarki wymaga czasu. "Jest to perspektywa lat 2007-2013." Szkoda, że rząd nie pracuje równie aktywnie nad możliwością liberalizacji rynku pracy lub zmniejszeniem obciążeń związanych z zatrudnianiem czy też prowadzeniem działalności gospodarczej. Zabawne, że inne kraje, uważane za konkurencyjne, nie mają problemu z zatrudnieniem. Pytanie do decydentów: co jest wynikiem czego? Czy konkurencyjność poprawia sytuację na rynku pracy, czy też rynek pracy poprawia konkurencyjność?

Reklama
Reklama

Konkurencyjność

po europejsku

Stany Zjednoczone nie muszą tworzyć dokumentów podobnych do strategii lizbońskiej, bo to właśnie USA Europa próbuje dogonić. Czy sukces gospodarki amerykańskiej (mierzony choćby poziomem bezrobocia) to wynik wielkich i ambitnych reform, czy też po prostu m.in. liberalnego podejścia do zatrudnienia. Faktem jest, że większość pracowników żyje świadomością, że może zostać zwolnionych, ale też nie ma problemu ze znalezieniem pracy, bo nikt nie boi się zatrudnić pracownika nawet na kilka dni. Jak ma się do tego fakt ostatnich zamieszek we Francji, gdzie studenci protestują w sprawie zmiany sposobu zatrudniania młodych osób? Okazuje się, że problemem jest to, że młody człowiek nie dostaje na starcie umowy na czas nieokreślony, że wymaga się od niego okresu próbnego, a przecież młody człowiek "potrzebuje poczucia komfortu i bezpieczeństwa". Skoro takie niewielkie zmiany wywołują takie gwałtowne reakcje, to można się tylko obawiać, co będzie dalej.

Tymczasem Komisja Europejska zachęca firmy do uczestnictwa w tzw. sojuszu na rzecz społecznej odpowiedzialności. Jest to inicjatywa, dzięki której firmy "zobowiązują się działać w celu zrównoważonego rozwoju", a w zamian zyskują członkostwo w "prestiżowej" organizacji. Ideą projektu jest skłonienie do zatrudnienia większej liczby osób z grup znajdujących się w "niekorzystnej sytuacji", inwestowanie w pracowników i w innowacje ekologiczne.

Przeciwnicy tej inicjatywy są zdania, że będzie to narzędzie do budowy pozytywnego wizerunku przez nieuczciwych przedsiębiorców. Tym bardziej, że firmy, które złożą takie deklaracje, właściwie nie będą w żaden sposób kontrolowane. Na szczęście komisarz ds. przedsiębiorstw i przemysłu, Guenter Verheugen, oświadczył, że nie sądzi, by tak się działo. To ma załatwić sprawę. Komisarz sądzi więc, że problemu nie będzie. Wiara w siłę władzy jest po prostu imponująca. Można się zastanawiać, gdzie tu konkurencyjność? Czy takie wzorce mamy przerzucać na własny grunt?

Węglowy problem

Reklama
Reklama

Na naszym podwórku o konkurencyjność przedsiębiorstw walczy się rodzimym sposobem - bez udziału rynku. Koronnym przykładem jest to męczony od kilkunastu lat "program restrukturyzacji górnictwa węglowego". Grube miliardy naszych podatków utopiono w tej branży, a końca nadal nie widać. Prognozy na ten rok są fatalne i to mimo tego, że w ciągu ostatnich dwóch lat były warunki rynkowe, które umożliwiały poprawę sytuacji. Cztery z siedemnastu kopalń, które wchodzą w skład Kompanii Węglowej, w tym roku przyniesie ponad 130 milionów złotych strat. Poprawy nie należy się spodziewać, bo pojawiła się informacja, że w planie techniczno-ekonomicznym przekazanym radzie nadzorczej zarząd Kompanii Węglowej twierdzi, że nie planuje likwidacji kopalń, aby "nie drażnić związkowców". Czytając takie wypowiedzi, można się zapytać, za co zarząd bierze pieniądze, jeśli nie jest w stanie dokonać zmian wymaganych sytuacją? Ile jeszcze naszych pieniędzy trzeba wpompować w to coś, czego nie można zmienić, bo ewentualne zmiany mogą "drażnić związkowców"? Ile czasu jedna grupa pracownicza będzie szantażować resztę kraju? Czy utrzymywanie takiego molocha jest naprawdę korzystne pod względem realizacji strategii lizbońskiej?

Sytuacją wręcz kuriozalną jest fakt, że do pracy w kopalniach mogą wrócić osoby, które podpisały zobowiązanie, że tego nie uczynią (w zamian za średnio 37 tys. złotych odprawy). Ze 100 tys. osób, które w latach 1998-2001 odeszło z górnictwa, prawie 37 tys. wzięło takie odprawy. Kosztowały one budżet państwa blisko 2 mld zł. Pieniądze pochodziły z kredytu udzielonego przez Bank Światowy. Teraz okazuje się, że formalnie zakaz zatrudnienia wygasł z końcem 2002 r., gdy przestała obowiązywać ustawa z czasu rządów AWS! Według władz spółek węglowych, w znowelizowanej ustawie (na lata 2003-06) zakaz obowiązuje "na zasadzie domniemania". Przecież to jakaś kpina! Niestety, nie należy się spodziewać kolejnej komisji śledczej w tej sprawie, gdyż jest ryzyko, że mogłoby to "drażnić związkowców".

Ben Bernanke,

a sprawa polska

Na gruncie amerykańskim z takim przerostem opieki socjalnej mamy do czynienia w przypadku General Motors. Teraz pracownicy tego koncernu mają możliwość odejścia wraz ze 130 tys. dolarów w kieszeni. Kurs spółki w ostatnich latach ma tendencję spadkową, co jasno pokazuje, z jakimi problemami może spotkać się firma biorąca udział w globalnym procesie konkurencji, a obciążona balastem, na jaki inni sobie nie pozwalają. Można tylko powiedzieć, że - na szczęście dla Stanów Zjednoczonych - problem GM nie jest normą i gospodarka jakoś się rozwija, co potwierdził ostatnio Ben Bernanke, nowy szef Fed. Zdaniem szefa amerykańskiego banku centralnego, obserwowane ostatnio niewielkie odwrócenie krzywej rentowności nie jest sygnałem spowolnienia gospodarczego. Można to było odebrać jako pocieszenie, ale miało to też poważniejsze konsekwencje. Wypowiedź Big Bena szybko zinterpretowano jako zapowiedź utrzymania obecnej tendencji podwyżek stóp procentowych, co szybko znalazło odzwierciedlenie w poziomie notowań dolara oraz obligacji amerykańskich.

Tym samym cały czas aktualne są obawy co do wzrostu atrakcyjności inwestycji w obligacje amerykańskie, kosztem bardziej ryzykownych lokat na rynkach wschodzących. Ma to oczywiście przełożenie na poziom notowań naszych obligacji i naszej waluty. W tym tygodniu, po wypowiedzi szefa Fed, ta ponownie traciła na wartości.

Reklama
Reklama

Wpływa to nie tylko na rentowność lokat w aktywach złotówkowych, ale także ma silny wpływ na poziom kosztów długu zaciągniętego w walutach obcych. Już teraz niepokoić może wysoka dynamika wzrostu tych kosztów w przypadku zadłużenia zagranicznego państwa. Po dwóch miesiącach osiągnięto poziom 27,9 proc. wydatków prognozowanych na cały rok. Zauważmy, że przecież złoty jeszcze jakoś drastycznie nie stracił na wartości (patrząc w dłuższym terminie). Co się stanie, jak złoty spadnie o kolejnych kilka procent? Co się stanie, gdy kurs euro osiągnie uważany przez premiera Marcinkiewicza za należyty - poziom 4,2 złotego, lub też uważany za należyty przez przyszłego wicepremiera Leppera - poziom 4,5 złotego? Czy ulga i poprawa sytuacji eksporterów będzie taka znacząca, że przełoży się na dynamiczny wzrost gospodarczy? Można wątpić. Inną sprawą jest pytanie, co będą robić inwestorzy zagraniczni, gdy złotówka nadal będzie tracić? Czy zasadnym jest założenie, że będą oni spokojnie się przyglądać malejącej wartości swojej inwestycji?

Problem z hossą

W takich okolicznościach nie może dziwić, że trwająca od ponad czterech lat hossa utknęła na ponad dwa miesiące. To rodzi pytania. Jeśli popyt jest tak silny, jak zadaje się wskazywać płytkość tej dwumiesięcznej korekty, to dlaczego nie widać silnych zakupów i parcia w górę? Trzeba bowiem zauważyć, że popyt wprawdzie utrzymuje ceny, ale nie można powiedzieć, by były to poważne zakupy. Jedną z kilku próbek tej sytuacji mieliśmy w ubiegłym tygodniu, gdy kursy oddalały się do wsparć, przy stosunkowo niskim obrocie.

Ten spokój ostatnich tygodni skłania do wycofania się z tezy o możliwości kreślenia formacji trójkąta rozszerzającego się. To nie jest atmosfera, która by temu sprzyjała. Tym samym coraz bardziej prawdopodobny wydaje się scenariusz lekko pochylonego w dół kanału. Idąc tym tropem można przyjąć, że ewentualne wybicie ponad jego obszar, powinno dać ruch podobny wielkością do wysokości kanału. W efekcie nowy szczyt (okolice 3150) nie byłby znacznie oddalony od poprzedniego, a po stylu wzrostu będzie można próbować określić, czy jest to już faktyczny koniec hossy. Obecna konsolidacja daje nadzieję na takie wybicie. Przeszkodą pozostaje aktywność, jaka dla dodania wiarygodności ruchu powinna być większa. W przeciwnym wypadku do wybicia nie dojdzie, a wahania w ramach kanału będą się przeciągać.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama