W minionym tygodniu Polsce dostało się za opóźnienia w procesie wdrażania zmian, które mają pomóc w osiągnięciu zamierzeń strategii lizbońskiej. Jak pamiętamy, jej pierwotna treść - by kraje Unii były najbardziej konkurencyjną strefą na świecie - skorygowano do nieco mniej ambitnego zapisu (kraje Unii Europejskiej będą jednymi z najbardziej konkurencyjnych stref na świecie). Zmiana treści nie zmieniła oczywiście stanu faktycznego, że kolos obciążony polityką socjalną nie zmieni się w krótkim czasie w gospodarczego geparda. Wymaga to poważnych zmian, na które, po prostu, nie ma przyzwolenia. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że zmiany będą zachodzić, choć nie ma się co łudzić, że będą one dynamiczne.
W raporcie CER Polska pod względem wdrażania gospodarczej strategii wzrostu znajduje się na 26. miejscu. Nasz kraj jest choćby za Bułgarią i Rumunią, które dopiero mają zostać członkami Wspólnoty. Główne zarzuty pod adresem Polski to: wysokie bezrobocie, utrudnienia dla zagranicznych inwestorów, zawiłość systemu podatkowego, niewielkie i spadające nakłady na badania i rozwój. Patrząc na tę wyliczankę, łatwo jest dojść do wniosku, że skokowej zmiany jakościowej nie da się uzyskać.
Rząd odpowiada
W odpowiedzi na zarzuty, rząd Kazimierza Marcinkiewicza przedstawił przyjęty w grudniu 2005 r. trzyletni Krajowy Program Reform. Jego zadaniem jest osiągnięcie celów, jakie stawia przed nami strategia lizbońska. Program zyskał pozytywną ocenę Komisji Europejskiej, chociaż wytknęła ona braki dotyczące harmonogramu i instytucji odpowiedzialnych za realizację. Wynika więc z tego, że mamy do czynienia z dwoma wirtualnymi bytami. Z jednej strony - zbiór pobożnych życzeń o konkurencyjności krajów Unii, która ma być osiągnięta za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a z drugiej - kolejny zbiór życzeń bez harmonogramu realizacji.
Mimo braku harmonogramu, zdaniem przedstawicieli rządu, realizacja programu została rozpoczęta. Resort gospodarki przygotował m.in. projekt nowelizacji ustaw o swobodzie działalności gospodarczej i o specjalnych strefach ekonomicznych, a także zmiany prawa energetycznego. Zdaniem wiceministra Andrzeja Kaczmarka, który ze strony rządu sprawę referował, wyraźna poprawa konkurencyjności polskiej gospodarki wymaga czasu. "Jest to perspektywa lat 2007-2013." Szkoda, że rząd nie pracuje równie aktywnie nad możliwością liberalizacji rynku pracy lub zmniejszeniem obciążeń związanych z zatrudnianiem czy też prowadzeniem działalności gospodarczej. Zabawne, że inne kraje, uważane za konkurencyjne, nie mają problemu z zatrudnieniem. Pytanie do decydentów: co jest wynikiem czego? Czy konkurencyjność poprawia sytuację na rynku pracy, czy też rynek pracy poprawia konkurencyjność?