Ukraińcy już 7 marca ostrzegali, że mogą zakazać importu polskiego mięsa. Jako powód podawali przemyt żywności bez wymaganych zezwoleń weterynaryjnych. Zakaz ogłosili w ostatni czwartek, a wszedł on w życie w niedzielę. - Próby nawiązania kontaktu z ukraińskimi służbami weterynaryjnymi były ignorowane - mówi Krzysztof Jurgiel, minister rolnictwa. Jego zdaniem, zarzuty o przemyt dotyczą drobnych ilości mięsa. - To, co jest przewożone w bagażnikach prywatnych samochodów, powinno być przedmiotem zainteresowania służb celnych i weterynaryjnych kraju, do którego taki transport trafia - twierdzi.

Polski eksport mięsa na Ukrainę jest stosunkowo niewielki (38 tys. ton za 24 mln euro w 2005 r.). Ale rynek jest bardzo obiecujący. - Ceny mięsa są na Ukrainie najwyższe na świecie - zauważa minister Jurgiel. Dlatego nie dziwi fakt, że polscy producenci mięsa chcą być tam obecni. Tym bardziej że deficyt produkcji mięsa oscyluje u sąsiadów wokół 500 tys. ton rocznie, a cena skupu kilograma żywca wynosi około 5,5 zł, podczas gdy na rynku krajowym 3-3,5 zł. Wiele firm przyspiesza inwestycje na Ukrainie. - W 2005 roku nasze przychody z rynku ukraińskiego wyniosły 3,9 mln zł. Podjęliśmy tam poważne inwestycje. Teraz przyspieszamy wszystkie projekty: kupujemy grunty i zakładamy fermy. Obecne embargo nie jest katastrofą, gdyż nie obejmuje żywca - mówi Rafał Oleszak, członek zarządu i dyrektor finansowy Dudy.

Generalnie firmy nie przejmują się ukraińskim zakazem. Żadna nie wysyła na tamten rynek więcej niż 30 proc. produkcji. Także udział Ukrainy w polskim eksporcie jest niewielki. Łącznie w ub.r. sprzedaliśmy na świecie żywiec za 360 mln USD, a mięso i produkty jadalne za 1,2 mld USD.

- Nie podejmiemy żadnych zdecydowanych działań, np. odwetowych - podkreśla minister Jurgiel.