Przebieg sesji można uznać za oznakę przewagi popytu. Nie chodzi tylko o fakt, że przez większą część dnia ceny przebywały nad poziomem otwarcia notowań, ale także ważny jest fakt zignorowania kilku niekorzystnych czynników, które miałyby prawo zaniepokoić graczy. Wśród tych czynników najważniejszym jest wysoka rentowność obligacji w USA. W piątek dla obligacji 10-letnich było to blisko 5%. Ostatnio 5% notowano w czerwcu 2002 r. Każdy ma świadomość, że 5% jest ważną barierą psychologiczną. Być może szybko do wybicia w górę nie dojdzie, ale pamiętajmy, że znacznie ważniejszy był poziom 4,7%, który już został pokonany. Pokonanie 5% wydaje się więc tylko kwestią czasu.
Wzrost rentowności obligacji w USA to wyraz oczekiwań rynku na kolejne podwyżki stóp procentowych Fed. O ile jeszcze niedawno zastanawiano się, czy dojdzie do kolejnego zacieśnienia polityki pieniężnej w maju, tak teraz właściwie wszyscy są zgodni, że takie dylematy należy przenieść na kolejne terminy. Efektem tego był także spadek wartości indeksów akcyjnych. Taka perspektywa powinna niepokoić polskich graczy. Tym czasem spadek w stosunku do piątkowego zamknięcia okazał się symboliczny.
W czasie sesji indeks zaliczył rekord hossy. Mimo to nie można uznać, by była to sesja kontynuacji piątkowego wzrostu. Po pierwsze, rekord został poprawiony jedynie nieznacznie. Kluczowy dla indeksu (psychologicznie) poziom 3000 pkt nie tylko nie został pokonany, ale właściwie nie został zaatakowany. Po drugie, aktywność na sesji była niska, co wskazuje raczej na korekcyjny charakter notowań. Wydaje się, że popyt nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Jeśli to korekta, to płaska, jeśli fałszywy atak na szczyt, to nie zakończył się zupełnym fiaskiem. Obie wersje są korzystne dla byków.