Nasz rząd zakończył wreszcie zażartą, krwawą i obfitującą w dramatyczne momenty bitwę z włoskim (a właściwie europejskim) gigantem UniCredito. Poszło o fuzję drugiego i trzeciego pod względem wielkości polskiego banku - Pekao i BPH - którą Włosi chcieli zrealizować bez pytania o zgodę Warszawy, na podstawie globalnej fuzji z niemieckim HVB i europejskiego prawa, pozwalającego na swobodny przepływ kapitału w ramach całej Unii.
Nie mam zamiaru wracać do samego sporu, przypominać użytych argumentów oraz wytoczonych w walce dział. Rzecz zakończyła się porozumieniem, więc armaty mogą spokojnie powrócić do arsenału. Nie chcę też przesądzać, kto miał więcej racji - w końcu, jeśli zawiera się kompromis, oznacza to że obie strony godzą się na to że część racji leżała po stronie przeciwnika. Nie sposób jednak nie dokonać oceny tego, co w końcu nasz rząd w sporze wywalczył, a co stracił. Innymi słowy, rachunku korzyści i kosztów.
Pierwszym punktem porozumienia jest sprzedaż przez Włochów 200 (40 proc.) oddziałów BPH, oraz marki tego banku. Specjaliści z sektora bankowego natychmiast zauważyli, że w gruncie rzeczy nie jest to ze strony UniCredito żadne wielkie ustępstwo. Przecież i tak po fuzji trzeba by zlikwidować lub sprzedać wszystkie dublujące się placówki BPH i Pekao, choć być może nieco mniej niż wywalczone 200 oddziałów. Marka BPH nie jest Włochom do niczego potrzebna - więc zapewne by ją zlikwidowali. Zamiast tego muszą ją odsprzedać, potencjalnie wzmacniając ewentualnego nabywcę-konkurenta. To oczywiście dobrze dla polskiego rynku, ale znaczenia tego faktu nie należy przeceniać. Współczesny bank to przede wszystkim klienci, aktywa, depozyty, system informatyczny - a dopiero na samym końcu oddziały (są przecież nawet banki, które w ogóle nie mają swoich oddziałów!). Można sądzić, że większość obecnych klientów BPH wybierze raczej pozostanie w strukturze wielkiego banku, a nie podróż w nieznane wraz z oddziałami, które mają być sprzedane niewiadomemu nabywcy. Innymi słowy, połączony gigant Pekao-BPH, używający zapewne nazwy UniCredit, tak czy owak stanie się największym polskim bankiem - wbrew deklaracjom naszych ministrów, twierdzących że udało im się do tego nie dopuścić. Krótko mówiąc, korzyść niewielka.
Ważniejsza jest jednak chyba druga sprawa. Fuzja banków, to w znacznej mierze oszczędności osiągane dzięki likwidacji dublujących się funkcji i pracowników. A więc zwolnienia, które w przypadku fuzji Pekao-BPH szacowano na kilka tysięcy osób. Uważam się za ekonomistę liberalnego. Jednak tam, gdzie w grę wchodzi utrata tysięcy miejsc pracy, w moim przekonaniu rząd ma prawo i obowiązek użycia wszelkich dostępnych narzędzi, w tym i kruczków prawnych, byle zmusić inwestora do działań mniej szkodliwych dla rynku pracy (n.b. postąpiłby tak każdy rząd na świecie - i niemiecki, i brytyjski, i amerykański). W wyniku porozumienia udało się zapewnić dwuletni okres ochronny dla pracowników obu łączonych banków. Nie jest to jednak żadne trwałe rozwiązanie. Dwa lata szybko miną - i ochrona przestanie obowiązywać! Czy zamiast walczyć o fikcyjny "podział" BPH, nie lepiej było zażądać od Unicredito innych inwestycji (albo dokonania ich samemu, albo skłonienia do nich któregoś z własnych światowych klientów), które stworzyłyby tyle samo miejsc pracy, ile zniknie w wyniku fuzji?
Jednym zdaniem: można pogratulować rządowi negocjacyjnego sukcesu i zmuszenia UniCredito do rozmów i ustępstw. Szkoda tylko, że ustępstwa udało się osiągnąć głównie w sferze propagandowej, zamiast szukać ich tam, gdzie naprawdę było warto.