Dzięki wysokim cenom surowca, holendersko-brytyjski Royal Dutch Shell i francuski Total zdołały zrekompensować spadek produkcji. W przypadku Shella zmniejszyła się o 3 proc., do 3,75 mln baryłek na dobę, a Totala - o 5 proc., do 2,44 mln baryłek. Był to skutek m.in. szalejących w zeszłym roku huraganów nad Zatoką Meksykańską, a także ataków partyzantów na instalacje naftowe w Nigerii. Shell do tej pory nie zdołał uruchomić swojej najważniejszej platformy wydobywczej Mars na Zatoce Meksykańskiej. Start jest planowany na maj.

Shell zarobił w zeszłym kwartale 6,89 mld USD, o 3 proc. więcej niż rok wcześniej. Osiągnął przychody w wysokości aż 75,9 mld USD, co oznaczało 5-proc. wzrost. Do kasy Totala - pomijając jednorazowe transakcje - wpłynęło 3,38 mld euro czystego zysku (poprawa o 16 proc.), przy przychodach sięgających 39,6 mld euro, wyższych o jedną czwartą niż w takim samym okresie przed rokiem. Obie firmy osiągnęły rezultaty lepsze od oczekiwań analityków.

Doliczając dwóch liderów rynku, czyli brytyjski koncern BP i amerykański Exxon Mobil, które opublikowały kwartalne raporty w poprzednim tygodniu, czterej giganci zarobili razem 25,3 mld USD. To o 1 proc. więcej niż rok wcześniej. Spadły zyski tylko BP.

- W I kwartale utrzymywał się wysoki popyt na ropę, podczas gdy dostawy były zakłócone, szczególnie z Nigerii - stwierdził wczoraj w oświadczeniu dyrektor generalny Totala Thierry Desmarest. To sprawiło, że w ciągu pierwszego kwartału cena baryłki ropy Brent wzrosła o 30 proc. i wyniosła średnio 61,8 USD. Ostatnio surowiec kosztował już rekordowe 75 USD za baryłkę. Z opinii analityków wynika, że naftowi giganci mogą liczyć na jeszcze większe wpływy. - Konsumpcja rośnie, wzrost gospodarczy przyspiesza, dlatego zużycie energii będzie jeszcze większe - powiedział agencji Bloomberga Emmanuel Supre z paryskiej firmy Neuflize Gestion.

Bloomberg, MarketWatch.com