Dopóki środki będą płynąć do funduszy i nie nastąpi zdarzenie nieoczekiwane i nieprzewidywalne, a ceny surowców będą w miarę stabilne, nie ma chyba możliwości na zakończenie hossy na GPW. Wczoraj pretekstem do nowych rekordów były dobre wyniki KGHM w IQ, skokowe podwyższenie prognozy na rok 2006 (z 1,8 do 3,5 mld PLN) oraz zwyżka Biotonu po informacji o planowanej nowej emisji z prawem poboru.
Swoją drogą, to ostatnio najbardziej gorący temat na GPW. Mamy za sobą okresy kilku "inwestycyjnych tematów", które w błyskawicznym tempie prowadziły do dynamicznych wzrostów kapitalizacji spółek. Były więc biopaliwa, była magia nazwisk niektórych inwestorów giełdowych, były NFI. Aktualnie każda informacja o emisji z prawem poboru przyjmowana jest euforycznie (wczorajsze wzrosty Lentexu i Biotonu), a wyszukiwanie spółek które mogą planować emisję to chleb powszedni wielu inwestorów spekulacyjnych. Pytanie ile jeszcze takich burzliwych fascynacji rynku potrzeba by zakończyć hossę? Hossa ma się dobrze, KGHM pozostaje liderem i choć zachowania niektórych kursów świadczą o ogromnych emocjach i rozchwianiu rynku, to walec popytu napędzany nadmiarem gotówki jeszcze chyba zmiażdży parę niedźwiedzi. Tylko ryzyko inwestowania rośnie, na parkiecie pojawiają się zwabieni potężnymi zyskami niedoświadczeni inwestorzy, którzy zapewne w punkcie zwrotnym odbiorą część akcji od instytucji.
Na rynku można zaobserwować ostatnio jeszcze jedno ciekawe zjawisko, które potwierdza silne rozemocjonowanie inwestorów. Nowe szczyt na średnich spółkach ustanawiane są właściwie bez udziału podaży. Ostatnie zlecenia sprzedaży ustawiane są tuż pod lub na poziomie ostatnich szczytów. Potem długo, długo nic... Dlatego też wybicia powyżej ostatnich szczytów są dynamiczne i bardzo szybkie. Przekonanie co do kontynuacji wzrostów jest już tak powszechne, że nietrudno sobie wyobrazić nagły zwrot rynku spowodowany jakąś nieoczekiwaną informacją czy tez załamaniem rynku surowcowego, który doprowadzi do sytuacji odwrotnej. Popyt ustawi się na ostatnich lokalnych dołkach. Potem długo, długo nic...