W piątek na amerykańskich giełdach drugi dzień z kolei akcje wyraźnie spadały. Z technicznego punktu widzenia można to wiązać z zanegowaniem na czwartkowej sesji sygnału kupna, jakim było wybycie S&P 500 z kanału zwyżkowego. Indeks zmagał się z górną granicą tej formacji od połowy marca. Kiedy udało się ją pokonać w poprzedni piątek, wydawało się, że można liczyć na podtrzymanie dobrej koniunktury. Te rachuby legły teraz w gruzach. Najbardziej prawdopodobny scenariusz na najbliższy czas to ruch w stronę dolnej granicy kanału. Znajduje się na wysokości 1275 pkt. Z fundamentalnego widzenia spadek z ostatnich dni ma źródło w obawach o zwolnienie gospodarki. Wraz z opublikowaniem przez większość firm wyników za I kwartał inwestorzy znów zaczęli wybiegać myślami w przyszłość. Przypomnieli sobie o rosnących stopach procentowych, a strach przed nadejściem gorszych czasów wzmocniły ostatnie dane makroekonomiczne. Kiepska była struktura sprzedaży detalicznej, do najniższego poziomu od jesieni spadł wskaźnik nastrojów konsumentów. Negatywnie zostało nawet zinterpretowane ograniczenie deficytu handlowego drugi miesiąc z rzędu. Ostatnio przez dwa kolejne miesiące malał trzy lata temu. Jednocześnie uwagę zwracało to, że zagrożenie ochłodzeniem koniunktury nie wpływało na decyzje inwestorów na rynku obligacji. Rentowność 10-latek ustanowiła nowe maksimum i zbliżyła się do 5,2 proc. Zwyżka trwa już piąty miesiąc z kolei. Takiej serii nie było od lat.

W gronie rynków wschodzących uwagę zwracała Turcja. Tylko w piątek indeks ISE100 stracił prawie 4 proc. W efekcie znalazł się w pobliżu wiosennego dołka. Jego przełamanie byłoby złym sygnałem dla całego regionu EMEA, do którego zaliczana jest również nasza giełda. Słabość tureckiego parkietu nie dziwi w sytuacji, gdy największe firmy wywodzą się z sektora finansowego, a brakuje przedsiębiorstw korzystających z hossy

surowcowej.