Ostatnia wyprzedaż na rynku amerykańskim nadeszła niczym grom z jasnego nieba. Inwestorzy zdążyli się zapewne przyzwyczaić do powolnego trendu wzrostowego, jaki utrzymywał się od początku roku. Z drugiej strony takie okresy uspokojenia często poprzedzają większe ruchy i ta reguła sprawdziła się i tym razem. W ciągu sześciu sesji spadków S&P 500 "skonsumował" niemal całą tegoroczną zwyżkę i znalazł się zaledwie 1,1 proc. powyżej poziomu z końca ub.r. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja Nasdaqa Composite, który w tym roku traci 1,1 proc.

Mimo gwałtowności wyprzedaży, na razie należy ją traktować jako korektę. Sytuację dobrze obrazuje wykres Nasdaqa. Indeks niezmiennie znajduje się w obszernym, niemal dwuletnim klinie wzrostowym. Na ostatnich sesjach przebył drogę od oporu w postaci górnego ramienia tej formacji do poziomu bliskiego wsparcia wynikającego z dolnego ramienia (ok. 2160 pkt). W krótkim terminie skuteczna obrona tego wsparcia wydaje się prawdopodobna, także ze względu na silne wyprzedanie. Sygnalizuje je m.in. oscylator stochastyczny, który znalazł się najniżej od kwietnia 2005 r., czyli okresu, kiedy Nasdaq sięgał lokalnego dna. Najbar-

dziej intrygujące w obecnej sytuacji są reakcje rynku na dane gospodarcze. Fakt, że spadki rozpoczęły się następnego dnia po podwyżce stóp w USA, sugerował, że inwestorzy zaczynają się obawiać, iż Fed jednak nie wstrzyma się z kolejną podwyżką w czerwcu. Pytanie, czy ta zmiana oczekiwań była prawdziwą przyczyną tak gwałtownej wyprzedaży akcji? Gdyby tak było, to rynek powinien zareagować z entuzjazmem na najnowsze dane sugerujące schłodzenie koniunktury gospodarczej. Do danych o sprzedaży detalicznej doszedł niski kwietniowy odczyt wskaźnika wyprzedzającego koniunktury LEI. Jego roczna zmiana o 2,5 proc. oznacza, że po względnie dobrym marcu LEI powrócił do blisko rocznej stagnacji. Tak więc może rynek obawia się w rzeczywistości nie podwyżki stóp, lecz spowolnienia gospodarczego?