Przez giełdy akcji przetaczał się we wtorek głaz poruszony dzień wcześniej przez szefa amerykańskiej Rezerwy Federalnej. Ben Bernanke, wbrew oczekiwaniom dużej grupy inwestorów, w poniedziałek dał do zrozumienia, że stopy procentowe mogą iść w górę, jeśli będzie tego wymagała walka z inflacją nakręcaną przez drożejącą ropę naftową. Wywarło to piorunujące wrażenie najpierw na giełdach amerykańskich, a później w Azji i Europie. Wzmocniła je uwaga, iż Fed może podnosić stopy nawet wówczas, kiedy gospodarka zwolni. A przecież tak naprawdę szef amerykańskiego banku centralnego wcale nie powinien zaskoczyć perspektywą wzrostu kosztów kredytu. Gracze giełdowi od miesiąca obawiali się wyższej inflacji i jej następstw. Świadczyły o tym niezwykłe wahania indeksów. W przypadku "pięćsetki" Standard&Poor?s i niemieckiego Dax były największe od sierpnia 2004 r.

Mimo to efekt psychologiczny wywołany przez następcę Alana Greenspana był silny. Słowa Bernanke są jak potężny głaz, komentował jeden z analityków. Jego zda-

niem, długo będą ciążyć nad rynkiem, chociaż wtorkowe otwarcie na nowojorskiej NYSE wskazywało, iż strach minął. Poniedziałkową wyprzedaż akcji uznano za przesadną, ale poprawa trwała krótko i indeksy znowu zaczęły tracić. Spadały głównie kursy akcji spółek wrażliwych na zmiany stóp procentowych. Należały do nich banki i inne instytucje finansowe, firmy wydobywcze, technologiczne, motoryzacyjne oraz linie lotnicze. Inwestorzy sprzedawali akcje koncernu górniczego

Anglo - American, BHP Billiton, szwajcarskiego UBS i francuskiego BNP Paribas. Ponad 2 proc. traciła fińska Nokia, największy na świecie producent telefonów komórkowych oraz niemiecki Infineon, potentat na rynku półprzewodników. Gwałtowny przypływ niepewności źle zniosły młode rynki. Indeks Morgan Stanleya dla emerging markets spadł do poziomu najniższego od prawie pięciu miesięcy. Inwestorzy próbowali chronić swój kapitał w akcjach dużych firm na dojrzałych giełdach i w obligacjach.