Co się musiało stać by indeks Standard & Poor?s w czwartek zyskał 2,1 proc., najwięcej od października 2003 r? Kursy poszły w górę, bo Ameryka dowiedziała się czegoś o czym pojęcia nie mieli grający na giełdach europejskich.
Amerykańska gospodarka może poradzić sobie z wysokimi cenami energii. To było to. Ta prognoza sformułowana przez Bena Bernanke, szefa najważniejszego na świecie banku centralnego, podziałała elektryzująco na inwestorów giełdowych. Wzrosły nadzieje na bliski koniec cyklu podwyżek stóp. Akcje znowu uznano za warte zachodu i większych pieniędzy. W piątek do dzieła przystąpili poeci i zwykli rzemieślnicy rynku kapitałowego. Ci pierwsi słowa wypowiedziane przez Bena Bernanke, potraktowali jak "promienie słońca po długim sezonie monsunowym". Poprzednią wyprzedaż skwapliwie uznano za nadmierną, teraz, mówiono, inwestorzy giełdowi mogą oczekiwać czegoś więcej niż zwykłego odbicia.
W piątek do pewnego momentu znowu rosło. Japonia z radości, że inflacyjny diabeł w USA nie jest taki groźny jak wydawało się wcześniej, wykonała największy skok od ponad trzech i pół roku. Ceniono firmy mocno osadzone na rynkach zagranicznych. W Europie dobrze wypadła lustracja fundamentów notowanych na giełdach spółek. Nic się nie zmieniło jeśli chodzi o prognozy zysków - zapewniali niedawni niedowiarkowie. W górę ciągnęły też indeksy na rynkach wschodzących z Warszawą i Istambułem w czołówce. Wskaźnik Morgana Stanleya, z którego można wyczytać sytuację na 25 emerging markets, już trzeci dzień z rzędu zwiększał swoją wartość. A potem sytuacja pogorszyła się. Do gry włączył się William Poole, kierujący Rezerwą Federalną w St. Louis, wspomagany przez władze Chin hamujące akcję kredytową banków. Inflacja jest zbyt wysoka, zawyrokował Poole. Jeśli nic się nie zmieni Fed będzie musiał działać, czyli podnosić stopy procentowe. Indeksy poszły w dół. Rynek oczekiwał dzwonka na przerwę, kończącego długą serię podwyższania stóp, a nie bicia na alarm.