Pantha rhei. Wszystko płynie, wszystko się zmienia. A szczególnie gusta, oceny, osądy, opinie. Nie są od tego zjawiska wolne analizy ekonomiczne. Tam również od czasu do czasu wkrada się upiór relatywizmu.

Przykłady? Proszę bardzo. Popatrzmy choćby na deficyt budżetowy. Jeszcze rok temu, przed wyborami parlamentarnymi publiczne enuncjacje o wprowadzeniu kotwicy budżetowej na poziomie 30 mld zł budziły pewne zaniepokojenie. "30 miliardów? Tak dużo? Przecież w 2005 było mniej?" Oceny takiej ścieżki fiskalnej były, delikatnie mówiąc, raczej sceptyczne. Wskazywano przy tym na niespójność "kotwicowej" polityki z programem konwergencji, co mogło stanowić potencjalne źródło napięć między Polską a Unią. Jednym słowem dominowało dość pesymistyczne podejście do idei utrzymywania budżetu na zadeklarowanym przez rząd poziomie.

Dziś stoimy przed kolejną ustawą budżetową. I na pierwszy rzut oka idziemy zgodnie z zapowiedzianym planem. Realizacja 30-miliardowego planu na ten rok na razie wygląda całkiem dobrze, a zapewnienia płynące z "ministerialnej" strony ulicy Świętokrzyskiej w Warszawie świadczą o determinacji w ograniczeniu przyszłorocznej dziury budżetowej również do takiej samej kwoty. Krótko mówiąc - nie zmieniło się nic. Nic, poza oceną 30-miliardowej kotwicy. Dziś bowiem, przy narastającej presji na wzrost wydatków budżetowych, kotwica ta wydaje się ni mniej ni więcej tylko ostatnim bastionem dyscypliny fiskalnej. Czyli w ciągu niecałego roku plan minimum stał się maksimum tego, co można osiągnąć. To co rok temu martwiło, dziś cieszy. Tymczasem to ciągle takie same 30 mld.

Przysłowie mówi, że kto nie idzie naprzód, ten się cofa. Jak więc jest możliwe, że polityka fiskalna praktycznie stojąc w miejscu zrobiła tak duży postęp, by uzasadnić zmianę postrzegania kotwicy budżetowej? Gołym okiem widać, że postępu w redukcji deficytu nie było. Ponownie sprawdziła się tylko moja fatalistyczna opinia, że polityka fiskalna jest zawsze wypadkową między gospodarczą koniecznością a politycznymi możliwościami. Zaś w ciągu ostatniego roku lepsza sytuacja gospodarcza odsunęła konieczność dostosowań fiskalnych, podczas gdy polityczny klimat dla nich wyraźnie się pogorszył.

Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. A nam, analitykom, pozostała na pocieszenie tylko świadomość relatywizmu ocen.