Po mdłej wtorkowej sesji w USA wczorajsze notowania rozpoczęliśmy blisko poprzedniego zamknięcia. Kilka chwil później popyt próbował kontynuować wzrost z poprzedniej sesji, ale nie wystarczyło sił. Bykom udało się uszczknąć ledwie kilkanaście punktów. Rozruch rynku kasowego w niczym nie pomógł. Ceny po kolejnej, już bardzo mizernej próbie wzrostu, zaczęły spadać. Do południa była to bardzo delikatnie nachylona konsolidacja. W południe spadek przyspieszył. Dołek został osiągnięty tuż przed godziną 14.00. Do końca sesji mieliśmy odbicie. Dzięki niemu indeksowi udało się powrócić w okolice otwarcia, a jednocześnie zamknięcia z dnia poprzedniego. Na rynku terminowym także udało się powrócić aż tak wysoko.
Jakie wnioski należałoby wyciągnąć po takim przebiegu notowań? Na pierwszy rzut oka można mówić o słabości popytu, ale po prawdzie nikt nie był, ani słaby, ani mocny. Zauważmy, że w ciągu całej sesji obrót przekroczył ledwie 600 mln złotych. Innymi słowy, na rynku zrealizowano zlecenia sprzedaży o wartości nieco ponad 300 mln złotych. To samo dotyczy strony popytowej. Tak mały kapitał nie może uwiarygodnić właściwie żadnego ruchu cen. Bez większego błędu można przyjąć, że ceny zmieniały się przypadkowo i w żadnym wypadku, na bazie tych zmian, nie należy budować zbyt daleko idących tez o rynku.
Z technicznego punktu widzenia cały czas jesteśmy w trakcie kreślenia korekty ostatnich spadków cen. Fakt, że znajdujemy się w okolicy połowy newralgicznego przedziału 2350-2700 pkt tylko potwierdza małą istotność zmiany cen. Teraz dla rynku najważniejsze jest, w którą stronę uda się wybić. Poziom 2700 pkt jest poważnym oporem. Tak samo poważnym, jak poważnym był wcześniej wsparciem. Trudno go będzie pokonać już teraz. Myślę, że zanim nastąpi taka próba, ceny najpierw zjadą do okolic dołka.
Wtorkowe dane o wysokiej dynamice produkcji przemysłowej rozbudziły apetyty oraz wywołały małą dyskusję medialną. Z jednej strony mamy głosy, że szybszy wzrost gospodarczy może skutkować zwiększoną presją na wzrost cen (wczorajsza wypowiedź członkini Rady Polityki Pieniężnej), a z drugiej słyszymy, że takiej presji jeszcze nie widać (dzisiejsze wypowiedzi przedstawicieli Ministerstwa Finansów). Jak zwykle każdy ciągnie w swoją stronę. Ministerstwo patrzy od kątem zmian bieżących, a RPP w przyszłość.