Fala wyprzedaży akcji w ostatnich tygodniach na rynkach światowych jest powszechnie tłumaczona obawami przed rosnącymi stopami procentowymi w USA. Problem polega na tym, że zachowanie notowań amerykańskich obligacji skarbowych zupełnie nie potwierdza tej tezy. Zgodnie z nią wraz ze spadkiem cen akcji powinna rosnąć rentowność obligacji, bo przecież inwestorzy liczą na wyższe stopy w przyszłości. Tymczasem w ostatnich miesiącach widzimy odwrotne zjawisko - ceny akcji i rentowność obligacji są skorelowane raczej dodatnio, a nie ujemnie. Mówiąc krótko, rentowność papierów skarbowych rośnie wraz ze wzrostem kursów akcji i odwrotnie - spada wraz z przeceną akcji.
Ostatni szczyt rentowności (5,2 proc.) wypadł zaledwie kilka dni po majowym szczycie indeksu S&P 500 (1326 pkt). Od tego czasu spadała zarówno rentowność, jak i indeks akcji. Ostatni dołek S&P 500 wypadł 13 czerwca (1224 pkt). Dokładnie tego samego dnia minimum zanotowała rentowność obligacji (4,96 proc.). Obecne odreagowanie na rynku akcji pokrywa się z powrotem rentowności do majowego szczytu. W tej sytuacji paradoksalnie ewentualne przebicie tego poziomu (5,2 proc.) wcale nie musi sprowadzić fali wyprzedaży na rynek akcji. Zgodnie z regułą dodatniej korelacji powinno się raczej stać odwrotnie - wzrost rentowności powinien pociągnąć kursy akcji w górę. W końcu od lutego do połowy maja zarówno S&P 500, jak i zyskowność obligacji zgodnie rosły. Ten pozorny paradoks ma dość proste wytłumaczenie fundamentalne. Być może rynek akcji boi się nie wzrostu stóp, lecz osłabienia gospodarczego. O tym samym świadczyłoby zatrzymanie wzrostu rentowności obligacji w połowie maja - inwestorzy nie chcą sprzedawać obligacji, bo boją się, że spowolnienie gospodarki skłoni Fed do zaprzestania podwyżek. Podobnie potoczyły siź wydarzenia na początku poprzedniej bessy w 2000 r. Szczyt rentowności wypadł wówczas w końcu stycznia, czyli niewiele wcześniej niż szczyt na rynku akcji.