Czy polscy menedżerowie zarabiają za mało, czy za dużo? To pytanie powraca zawsze, kiedy piszemy o pensjach prezesów. Jednej odpowiedzi nie ma. Przeważają opinie, że zarabiają mniej więcej tyle, ile ich koledzy z krajów wysoko rozwiniętych. Teza wydaje się nie do obalenia, jeśli uwzględnić siłę nabywczą złotego. Wynagrodzenia zarządzających firmami to zatem jeden z nielicznych wskaźników, zwłaszcza liczonych "na głowę mieszkańca", pod względem których nie odstajemy, a w każdym razie nie odstajemy za bardzo, od gospodarek Zachodu. I tu, i tam pojawiają się też podobne problemy związane z określeniem zasad i wysokością stawek dla kadry menedżerskiej. Widać więc jak na dłoni - i u nas, i np. za Atlantykiem, że nawet wyjątkowa pozycja i najwyższe honoraria nie są zaporą dla korupcji i przestępczości białych kołnierzyków.
Nie trzeba również - po zestawieniu odpowiednich danych - nikogo specjalnie przekonywać, że bolączką niektórych spółek jest brak związku między wysokością pensji a wynikami.
Na Zachodzie pojawia się coraz większa presja na jawność i kontrolę wynagrodzeń menedżerów. Rosną też protesty akcjonariuszy przed nadmierną zachłannością. U nas idea jawności z trudem utorowała sobie drogę w spółkach giełdowych, czyli wśród elity polskich przedsiębiorstw. Jeśli chodzi o inne kwestie, jesteśmy na początku drogi. To zrozumiałe: nie mieliśmy kiedy jej przejść.
Cóż, menedżerowie zarabiają tyle, ile zarabiają. Problem może nie w tym - ile, ale w tym, że pojęcie wynagrodzenia za sukces, a przynajmniej za bardzo dobrą pracę, zbyt często jest jeszcze czystą abstrakcją. Za to, niestety, zbyt często wynagrodzenie jest miarą sukcesu.