Po euforycznej środowej sesji wczoraj notowania na amerykańskich giełdach rozpoczęły się od zniżek. Nie jest to zbyt zaskakujące biorąc pod uwagę fakt, jak wątpliwe, przesłanki stały za środowym wybuchem optymizmu inwestorów.
W środę rynki zwróciły uwagę
tylko na jeden z aspektów wystąpienia szefa Fedu - oczekiwane zmniejszenie presji inflacyjnej. Na boku zostawiły sprawę być może nawet ważniejszą - spodziewane osłabienie wzrostu gospodarczego
w USA. Najwyraźniej dopiero wczoraj inwestorzy zaczęli brać tę kwestię pod uwagę i stwierdzili, że perspektywy wcale nie przedstawiają się w takich różowych barwach. Można nawet zaryzykować tezę, że spadek inflacji z powodu słabnącej gospodarki to scenariusz o wiele gorszy dla rynku akcji, niż to, co działo się do niedawna - tzn. rosnące stopy przy umiarkowanie wysokim tempie wzrostu gospodarczego. Wygląda na to, że zapomnieć można o scenariuszu, który byłby najlepszy dla akcji - spadku inflacji bez osłabienia gospodarczego.
Do optymizmu nie skłania także porównanie z sytuacją z końca czerwca - czyli momentu, kiedy Fed ogłosił kolejną podwyżkę stóp, jednocześnie łagodząc nieco ton komunikatu. Już wówczas rynki odczytały to jako zapowiedź końca podwyżek stóp. Zapał kupujących był tak samo duży jak w środę, ale