Exposé premiera Kaczyńskiego nie wypadło w sumie źle. Na czele listy zadań, które stawia przed swoim rządem, nie znalazły się rozliczenia, lustracje, walki z "układem", demaskowanie przeciwników politycznych i usprawnianie działalności tajnych służb. Pojawiły się tam za to głównie cele gospodarcze: utrzymanie wzrostu i pełne wykorzystanie atutów i zasobów, które ma do dyspozycji Polska.
Sądzę, że nic z tego, co powiedział w exposé premier, nie powinno niepokoić uczestników rynku. Przede wszystkim, w stosunku do wcześniejszej retoryki stosowanej przez polityków PiS (o ich koalicjantach nie wspominając) nastąpiła wyraźna zmiana na lepsze w podejściu do wielu ważnych tematów. Nie ma więc już wątpliwości, że mocny pieniądz nie jest jakąś fanaberią Balcerowicza, ale warunkiem bezpiecznego rozwoju gospodarki. Okazało się, że istnienie zamożnych ludzi jest w gospodarce rynkowej pożądaną normalnością, a nie dowodem złodziejstwa i niesprawiedliwości. A kapitalizm uznany został za właściwą drogę rozwoju - nawet ten, który był w Polsce przez ostatnie kilkanaście lat (choć zdaniem premiera może on być "lepszy").
Wbrew pozorom, takie słowa - jeśli są wypowiadane serio i z przekonaniem - nie są wcale błahe. Kto wierzy w potrzebę stabilnego i mocnego pieniądza, ten musi również zaakceptować potrzebę uzdrowienia finansów publicznych i zachowania pełnej niezależności NBP. Nie jestem pewny, czy exposé premiera spodobało się więc wszystkim koalicjantom PiS, ale mnie pod tym względem spodobało się na pewno.
Problemy pojawiły się nie wtedy, gdy premier mówił, ale wówczas, gdy ważnych stwierdzeń zabrakło. Zdrowe finanse publiczne wymagają utrzymania kotwicy 30 miliardów deficytu. Bardzo pięknie. Jak to jednak osiągnąć? Jak stwierdził premier, zadba o to minister Kluza, choć nie będzie mu łatwo. Problem jednak leży w tym, że deficyt budżetu to tylko prosty wynik odjęcia od dochodów - wydatków budżetowych. Aby stwierdzić, w jaki sposób rząd ma zamiar go utrzymać na niezmienionym poziomie, trzeba by wiedzieć, co planuje w kwestii podatków i co planuje w kwestii wydatków. Tego jednak się nie dowiedzieliśmy. Reforma finansów publicznych została wprawdzie przez premiera wspomniana, ale w nad wyraz wąskim rozumieniu - wprowadzenia nowej ustawy o finansach publicznych i budżetu zadaniowego. Oba te działania, choć ważne, stanowią tylko narzędzia do pewnego usprawnienia sposobu realizacji budżetu (nie przesadzałbym z oczekiwaniami, jak wielkie przyniosą oszczędności). Tymczasem, zgodnie z opinią chyba wszystkich znanych mi ekonomistów, prawdziwa reforma polskich finansów publicznych powinna dotyczyć zmiany wadliwej struktury wydatków: ograniczenia udziału wydatków o charakterze konsumpcyjnym na rzecz wydatków prorozwojowych, ograniczenia udziału wydatków sztywnych na rzecz wydatków kształtowanych w sposób elastyczny, ograniczenia udziału wydatków marnotrawionych (lub niewłaściwie kierowanych) na rzecz wydatków służących rzeczywistej realizacji celów polityki gospodarczej i społecznej państwa. Tego wszystkiego w exposé zabrakło, choć znalazła się uwaga, że są dziedziny, w których warto by wydawać więcej niż dziś (zresztą całkiem słusznie).
Podobnie nie dowiedzieliśmy się, jakie są plany rządu odnośnie do reform strony dochodowej budżetu. To jasne, że nie powinniśmy oczekiwać znaczących obniżek podatków. Ale czy naprawdę rząd nie ma żadnych planów uproszczenia i usprawnienia ich poboru, nawet jeśli nie może nam zaoferować niższych stawek?Trudno więc oprzeć się wrażeniu, że w exposé znalazło się wiele pożądanych haseł ogólnych, ale zabrakło szczegółów - i to tych szczegółów, które w największym stopniu powinny zainteresować wszystkich analizujących stan i perspektywy polskiej gospodarki. A diabeł, jak powszechnie wiadomo, tkwi w szczegółach, a nie w ogólnych hasłach.