Słaby występ naszych "orłów" na piłkarskich mistrzostwach skłonił do zmiany na stanowisku dowódcy.
Wiadomo było, że Paweł Janas już nie będzie ciągnął tego wózka, ale zleci się to komuś innemu. Ruszyła, jak to się zwykło mawiać, giełda nazwisk. Notowano kwiat polskiej myśli szkoleniowej oraz kilka nazwisk z zagranicy. Gdy tylko przychodziło do omawiania jakiegoś "nie-Polaka", wszystko kończyło się schematem "dobry i mógłby się przydać, ale nie stać nas". Ba, chodzą także obrzydliwe plotki, że trenerzy zagraniczni mieli małe szanse, bo wzbudzali zazdrość wśród polskich kolegów i działaczy swoimi potencjalnymi gażami. Oczywiście nikt w te plotki nie wierzy i każdy ma świadomość, że PZPN i jego doradcy mają na względzie jedynie dobro polskiej piłki.
Zostało to zresztą udowodnione wyborem nowego selekcjonera, którym okazał się jednak cudzoziemiec - Leo Beenhakker. Oczywiście poza kompetencjami samego trenera drugim tematem komentarzy jest wynagrodzenie, jakie zostało zakontraktowane. Za rok pracy otrzyma podobno 600 tys. euro. Jak na dotychczasowe warunki, na jakich byli zatrudniani selekcjonerzy, jest to kwota olbrzymia. Przecież to prawie 10 razy więcej, niż dostawał Janas. Wiadomo, że było wielu przeciwników takiego wyboru, ale klamka już zapadła. O ciężarze finansowym, jaki teraz musi ponieść PZPN, wspominał sam prezes Listkiewicz.
Teraz po tym przydługim wstępie dochodzimy do sedna sprawy. Czy faktycznie wynagrodzenie Beenhakkera jest tak wielkie? Wszystko zależy od punktu widzenia.
Jeśli porównać je z poprzednikami, to robi wrażenie, ale przecież dla żaby i butelka jest wielka. Będąc nieco złośliwym, można stwierdzić, że niskie płace poprzedników po części zależały od nich samych w imię zasady "jak sobie pościelisz...". Patrząc na sprawę z innej strony - skoro Polacy chcą mniej, to po co przepłacać? Nie jest to takie proste. Na piłce się nie znam, ale już zdążyłem załapać, że wiedza Beenhakkera to nie "dobrej klasy proszek", a polska myśl szkoleniowa to nie "Dosia", która może to samo, tylko taniej.