Najważniejszym wydarzeniem nadchodzącego tygodnia będzie decyzja amerykańskiego banku centralnego w sprawie stóp procentowych (zostanie ogłoszona we wtorek). Fed może wstrzymać się z kolejną podwyżką kosztów pieniądza. Tak przynajmniej uważa rynek. Z notowań kontraktów na zmiany stóp Fedu wynika, że zdaniem inwestorów istnieje tylko 40 proc. szans na to, że oprocentowanie wzrośnie we wtorek o 25 pkt bazowych. Przed poprzednimi posiedzeniami banku centralnego prawdopodobieństwo to było niekiedy bliskie 100 proc. To oznacza, że być może nadejdzie wyczekiwany od dawna koniec cyklu podwyżek kosztów pieniądza. Od maja 2004 r. stopy wzrosły z 1 proc. do 5,25 proc. Zmianę oczekiwań rynku obrazuje też np. 6-miesięczna dolarowa stopa LIBOR. W lipcu zanotowała ona spadek po raz pierwszy od marca 2004 r. Dotąd utrzymywał się stabilny trend wzrostowy.
Dylemat - inflacja czy PKB
Fed stoi przed coraz trudniejszym wyborem. Z jednej strony presja inflacyjna nie słabnie. Po części to wina drogiej ropy naftowej. Wygląda na to, że jej cena na dobre zadomowiła się powyżej 70 USD za baryłkę, podczas gdy na początku roku ledwie przekraczała 60 USD. Co gorsza, fatalnie wyglądają ostatnie odczyty inflacji bazowej - nie obejmującej zmiennych cen energii i żywności. W czerwcu roczny jej wskaźnik wręcz wystrzelił w górź, do 2,6 proc. To wartość najwyższa od przeszło czterech lat.
W lipcowym wystąpieniu szef Fedu Ben Bernanke przekonywał, że z czasem presja inflacyjna powinna stopniowo ustąpić razem z osłabieniem (lub "uspokojeniem" - według słów Bernanke) wzrostu gospodarczego. Na razie jednak spadku inflacji nie widać, chociaż tempo wzrostu gospodarczego faktycznie maleje.
W II kwartale amerykański PKB powiększył się tylko o 2,5 proc. To wynik nie tylko słabszy od oczekiwań, ale także wyraźnie niższy niż w I kw., kiedy wzrost PKB sięgnął aż 5,6 proc. Dane na temat PKB w II kw. nie byłyby same w sobie aż tak niepokojące (gdyż dotyczą przeszłości, a dla rynków liczy się przyszłość), ale napływające na bieżąco kolejne informacje z gospodarki świadczą o tym, że tempo wzrostu maleje. Przykładowo, indeks ISM dla sektora usług spadł w lipcu do 54,8 pkt, z 57 pkt w czerwcu. Poziom poniżej 50 proc. oznacza recesję.