Codzienny kontakt z gospodarką prowadzi do tego, że wielu ma wrażenie, że posiadło wiedzę ekonomiczną w zakresie pozwalającym na publiczne formułowanie opinii i komentowanie wydarzeń. Mniej istotne staje się tu wykształcenie komentatora. Oczywiście, w demokracji każdy ma prawo wygłaszać swoje opinie na dowolny temat, tyle że słowa wypowiadane na tematy gospodarcze mogą prowadzić do nieporozumień i kształtowania opinii publicznej w wypaczony sposób.
Swoją rolę w kreowaniu ekonomistów, którzy nimi nie są, mają media. Częstą praktyką jest przedstawianie inżynierów bądź prawników jako ekonomistów. Zainteresowani na ogół nie protestują.
Wyobraźmy sobie absolwenta studiów technicznych, który zajmuje się analizą rynku kapitałowego. Jest to dziedzina, w której umiejętność ścisłego myślenia jest bardzo pożądana i taka osoba ma predyspozycje, by nawet w krótkim czasie stać się wybitnym analitykiem rynku kapitałowego. Jeżeli media zwracają się do takich osób o komentarze giełdowe, to tylko można pogratulować wyboru.
Problem zaczyna się w momencie, w którym ów analityk rynku kapitałowego zaczyna być pytany o kwestie wykraczające poza jego kompetencje, na przykład z zakresu makroekonomii. Niewielu odmawia, nie chcąc narazić się na zarzut niekompetencji, jednak zwykle jest ona oczywista dla osoby z wiedzą makroekonomiczną. Wyobrażam sobie, że media traktują, z założenia, analityków rynków kapitałowych jako ekonomistów. Tymczasem zakres nauk ekonomicznych jest bardzo szeroki i panuje w nich daleko idąca specjalizacja.
Kolejną sprawą wprowadzającą spore zamieszanie jest traktowanie polityków, którzy albo w parlamencie, albo w rządzie mieli w nazwie swojej funkcji umieszczoną gospodarkę w dowolnym przypadku. W trakcie sprawowania funkcji, a nawet czasami dożywotnio, bywają oni taktowani jako ekonomiści, choć często nimi nie są.