Wczorajsza sesja przyniosła wzrost cen akcji, który sam w sobie nawet nie był wielkim zaskoczeniem po piątkowej sesji w Stanach Zjednoczonych; na pewno niespodziankę była za to jego skala. W dodatku, co ostatnio niezwykłe, prym pod względem obrotów wiodły "tradycyjne" blue chips, takie jak KGHM, Pekao, Telekomunikacja, PKN i PKO BP. Łączne obroty zaś były całkiem pokaźne, pomimo spowodowanej świętem w USA nieobecności części inwestorów zagranicznych.
Indeksy znacząco zbliżyły się do swoich stref oporu: WIG-owi do rekordu brakuje już tylko 3 proc... Czy to więc początek kolejnej fali hossy na naszym rynku? Jednym z niewielu argumentów za takim scenariuszem są słabe nastroje inwestorów i raczej powszechne utyskiwania na "sezonowość" giełdy - wrzesień nie należał do najkorzystniejszych miesięcy dla posiadaczy akcji. Jeżeli głoszący takie opinie byli konsekwentni i dostosowali do nich swoje portfele, to może się w pewnym momencie okazać, że rynek jest "krótki" i rozpocznę się zmasowane zakupy. Kto wie, może już się rozpoczęły...
Sam osobiście zachowałbym ostrożność, choć w tym przypadku oznacza to najwyraźniej stanie po stronie większości. Najbliższe opory przemawiają jednak do mojej wyobraźni. Obawiam się też, że kolejną falę wzrostową rozpoczętą z aktualnego poziomu należałoby uznać za dyskontowanie pozytywnych czynników, które zdarzę się nawet nie w 2007, ale w 2008 roku. Wyceny niektórych mniejszych spółek osiągnęły poziomy wytłumaczalne tylko pod warunkiem uwzględnienia efektów zapowiadanych teraz inwestycji. Problem w tym, że inwestycje nie muszę przynieść oczekiwanych przychodów i marż, a wcześniej firmy muszę pozyskać kapitał na ich sfinansowanie. Mechanizm emisji z prawem poboru (korzystanie z niego de facto gwarantuje spółce uplasowanie nowych akcji) staje się tu powoli jednym z narzędzi kształtowania wyceny rynkowej przedsiębiorstwa. A ponieważ przeczy to teorii efektywności rynku, to albo trzeba będzie dostosować teorie do rzeczywistości, albo... rynek w końcu nauczy się liczyć.