Inwestorów na giełdach nowojorskich zmartwił wczoraj spadek tempa wzrostu wydajności i niespodziewanie duża zwyżka kosztów pracy w amerykańskich firmach. W pierwszym półroczu rosły najszybciej od sześciu lat. Indeksy, po małych wzrostach poprzedniego dnia, poszły w dół. Opublikowane dane wskazują na istnienie zjawisk sprzyjających wzrostowi inflacji. To amunicja dla jastrzębi z Fed. Giełdom nie pomógł raport o szybszym wzroście sektora usług.
Na rynkach europejskich głównym siewcą zwątpienia, zniechęcającym do kupowania akcji, był Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Instytucja ta zaalarmowała o rosnących zagrożeniach dla wzrostu gospodarczego. Z tego powodu, jak informowali wtajemniczeni, taniały papiery Nokii, największego na świecie producenta telefonów komórkowych oraz HSBC, lidera europejskiej bankowości pod względem kapitalizacji rynkowej. Stanowisko MFW jest o tyle znamienne, że do tej pory jego specjaliści akcentowali kontynuację wzrostu, a teraz Rodrigo Rato, szef MFW, skoncentrował się na zagrożeniach: drogiej ropie i zwiększającej się inflacji. Niedźwiedzi wzmocnił Axel Weber, członek rady Europejskiego Banku Centralnego, który powiedział, że EBC nie podjął decyzji o zaprzestaniu podnoszenia stóp w grudniu, co oznacza, że także w przyszłym roku może zwiększać koszty kredytu. Akcje Vivendi taniały, gdyż firma ta wyda sporo pieniędzy na zakup wydawnictwa muzycznego przez Bertelsmann. W przeciwnym kierunku zmierzał bank francuski Credit Agricole, który w drugim kwartale zarobił więcej, niż prognozowano.
Na rynkach regionu Azji i Pacyfiku dominowały spadki, a indeks Morgan Stanleya stracił 0,7 proc. Zaniepokojenie stanem zdrowia Ameryki, a zwłaszcza skłonnością tamtejszych konsumentów do wydawania pieniędzy zachęciło do sprzedaży akcji. Złą wiadomością dla graczy była informacja o wolniejszym wzroście w Australii, gdzie produkt krajowy zwiększył się o 0,3 proc. wobec prognozy dwukrotnie wyższej.