Na wszystkich targach rynku kapitałowego największe stoisko - spośród firm komercyjnych miała zawsze Warszawska Grupa Inwestycyjna. Otrzymałem kiedyś - od pracującej przy tym stoisku hostessy prześlicznej urody - materiały informacyjne. Interesujące było to, że w prezentowanych danych wszystkie miesiące zakończone zostały "na plus".
Rozmawialiśmy długo na ten temat (wyników, a nie hostessy) i doszliśmy do wniosku, że taka sytuacja nie jest możliwa. Kolejne miesiące może kończyć dodatnim wynikiem fundusz inwestujący w papiery dłużne. Ale już w przypadku funduszy obligacji mogą się zdarzyć miesiące pod kreską, gdy w portfelu są obligacje zerokuponowe lub o stałym oprocentowaniu. Im więcej akcji lub instrumentów pochodnych w portfelu, tym o stałość zysków trudniej.
Ale menedżerom z Warszawskiej Grupy Inwestycyjnej taka sztuka się udawała. Jeden z moich kolegów zaczął się sprawą interesować. Efektem był stres - zarząd WGI każdorazowo informował, że kieruje sprawę do sądu. Choć ubocznym skutkiem jego dociekań było to, że rok później w podobnym zestawieniu znalazł się już jeden miesiąc, w którym zanotowano stratę.
Stres był podwójny - mimo że intuicja i znajomość rynku uzasadniały podejrzenie, że coś w firmie nie funkcjonuje prawidłowo, to wiemy, jak trudno używać tego jako dowodu w sądzie. Prawdopodobieństwo jest tylko prawdopodobieństwem.
WGI prezentowało swoje wyniki inwestycyjne na jednym z najtrudniejszych rynków - walutowych kontraktów terminowych. Jest to teoretycznie rynek o zerowej wartości oczekiwanej - zarobek jednego to strata drugiego. W rzeczywistości wartość oczekiwana jest ujemna - dochodzą prowizje, opłaty, koszty utrzymania, no i podatki. Bo w tej grze są trzy strony: tracący, zarabiający i fiskus. Można założyć hipotetycznie, że swoją stratę inwestor uwzględni, rozliczając przyszłe zyski. W rzeczywistości jednak przynajmniej część inwestorów, którzy tracą, rezygnuje.