W najbliższy poniedziałek mija piąta rocznica uderzenia terrorystów na USA. Inwestorzy doskonale pamiętają, jakie przerażenie opanowało wtedy rynki finansowe i jak zachowywały się indeksy. Giełdy amerykańskie zostały nawet zamknięte przez tydzień po to, żeby uspokoić nerwy posiadaczy akcji, co zapewne zapobiegło prawdziwemu krachowi. Jak się okazało, jednak i to nie wystarczyło, bo po otwarciu rynków indeks S&P 500 spadał jeszcze przez pięć sesji, tracąc ponad 13 procent. Dopiero wtedy rozpoczęła się zwyżka, która w czasie 3 miesięcy doprowadziła indeks do poziomu o ponad 7 procent wyższego od osiągniętego w dniu ataku. Potem bessa był kontynuowana, ale nie mogło to dziwić, bo gospodarka USA pogrążona była w recesji. Takie paniczne zachowanie rynku było w pełni usprawiedliwione, bo przecież większość z nas obawiała się kontynuacji ataków terrorystycznych na Stany Zjednoczone.
Nic takiego się nie stało, ale potem nastąpiły kolejne ataki, na które rynki światowe nie reagowały, o ile nie miały miejsca w najważniejszych dla nich państwach świata. Atak na Madryt (11.03 2004) zasłużył już tylko na jeden dzień spadku indeksów. Na przykład niemiecki XETRA DAX zniżkował wtedy o 3,5 procent, a na następnej sesji już lekko wzrósł. Co prawda dopiero po kolejnych sześciu sesjach wrócił do trendu wzrostowego, ale to już nie miało wiele wspólnego z wydarzeniami w Hiszpanii. Ostatni atak, na Londyn (7.07.2005), spowodował co prawda spadek angielskiego indeksu FTSE o 4 procent w czasie dnia, ale sesja zamknęła się zniżką jedynie o 1,6 procent, a w następnych dniach hossa była kontynuowana. Jak widać, rynki się szybko uczą i można by zakładać, że następny atak wywoła natychmiastowy wzrost indeksów. Nie bądźmy jednak tego tacy pewni.
Inwestorzy rzeczywiście będą reagowali na takie wydarzenia spokojnie, ale tylko wtedy, jeśli nie zagrożą one światowej gospodarce. Skoro mityczna Al-Kaida (mityczna, bo nie ma centrali takiej organizacji - jest tylko idea spajająca poszczególne grupki) uderza równolegle na kilka celów, to można sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby na przykład w tym samym czasie zniszczonych zostało kilka ważnych dla świata ośrodków przemysłowych lub doszło do ataku nuklearnego na jakieś miasto. To na szczęście wydaje się na razie nieprawdopodobne, więc pozostaje stosować brutalną zasadę Wall Street "kupuj, kiedy leje się krew" i mieć nadzieję, że Bliski Wschód wkrótce "nie zapłonie", bo to dopiero byłoby groźne.
Nie zaszkodzi jednak bardzo dokładnie śledzić rozwój sytuacji, bo rośnie prawdopodobieństwo rozpoczęcia wojny z Iranem i upadku dynastii Saudów, po której władzę w Arabii Saudyjskiej przejęliby wahabici. Pozbawiona saudyjskiej ropy nasza cywilizacja nie miałaby zbyt wielkiego wyboru i musiałaby zaatakować. A przecież właśnie w Arabii Saudyjskiej leżą Mekka i Medyna, święte miejsca islamu?
Tekst jest wyrazem osobistej wiedzy