Ubiegły tydzień nie obfitował w wiele informacji makroekonomicznych. W Polsce trwają targi o kształt budżetu na przyszły rok, a w USA wszyscy nadal obserwują wielkość inflacji oraz sytuację na rynku nieruchomości, która ma duże znaczenie dla przyszłości amerykańskiej gospodarki. Jak wspomniałem dwa tygodnie temu, do niedawna to właśnie hossa na rynku nieruchomości skutecznie pomagała we wzroście gospodarczym. Teraz, gdy sytuacja się pogarsza, nieruchomości mogą stać się równie skutecznie przykrym balastem, tym razem obciążającym amerykańską gospodarkę.
Wszystko zależy od cen
Temat inflacji w USA nie schodzi z czołówek serwisów informacyjnych. W ubiegłym tygodniu pojawił się raport Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), w którym zasygnalizowano, że oczekiwania większości uczestników rynku, że FOMC (Komitet Otwartego Rynku) już na stałe zakończył podwyższanie stóp procentowych, niekoniecznie muszą się ziścić. Zdaniem autorów raportu, "konieczność zagwarantowania stabilnego tempa wzrostu cen może wymusić na Fed (Bank Rezerwy Federalnej) kolejne podwyżki stóp procentowych". "(...) Fed przerwał w sierpniu cykl podwyżek stóp, ale jeśli aktywność gospodarcza oraz tempo wzrostu cen w najbliższych kilku miesiącach nie osłabną, może się okazać uzasadnione dalsze zacieśnianie polityki pieniężnej". Sądzę, że jednak to ceny będą decydującym czynnikiem i nawet przy spowolnieniu gospodarczym FOMC może dokonać kolejnej podwyżki, jeśli inflacja nadal będzie straszyć.
Z treści Beżowej Księgi, raportu Fed o stanie gospodarki USA, jaki ukazał się w ubiegłym tygodniu, wynika, że na razie presja na wzrost cen jest umiarkowana - nawet mimo wysokich cen energii. Przedsiębiorstwa mają wyraźny problem z przerzucaniem wyższych kosztów na konsumentów, gdyż siła konsumpcji maleje. Jednym z czynników tej słabości jest brak przełożenia szybszego tempa wzrostu gospodarczego na poziom płac. Mimo kilku lat wzrostu, średnie płace realne Amerykanów nie wzrosły, a nawet lekko zmalały.
Nieruchomości w odwrocie