Roczna stopa zwrotu z indeksu WIG20 spadła poniżej 20 proc. i wiele wskazuje na to, że może spaść jeszcze bardziej. Z jednej strony jest to efekt utrzymującego się marazmu na rynku dużych spółek, a z drugiej strony wynika z szybkiej zwyżki WIG20 rok temu (w ten sposób baza porównawcza jest coraz wyższa). Tymczasem jeszcze przed czterema miesiącami roczna zmiana indeksu blue chips przekraczała 80 proc. Obecnie jest najniższa od połowy 2005 r. Dane te maję znaczenie nie tylko czysto statystyczne. Roczna dynamika WIG20 jest ściśle powiązana z tempem wzrostu produkcji przemysłowej, a więc podstawowym miernikiem siły gospodarki.

Wszystko wskazuje na to, że powtarza się właśnie scenariusz znany z 2004 r., kiedy to stagnacja notowań akcji towarzyszyła zwalnianiu tempa wzrostu gospodarczego. Zresztą sygnały ostudzenia koniunktury już widać. Potwierdzają to najświeższe dane o produkcji, która wzrosła o 12,5 proc. zamiast o 14-16 proc. prognozowane przez analityków. To oznacza, że gospodarka coraz bardziej oddala się od wyśrubowanego tempa wzrostu, jakie zanotowano w maju (kiedy to roczna zwyżka produkcji wyniosła 19,1 proc.). Wydaje się, że te rozczarowujące dane mogę sprowokować proces rewidowania w dół prognoz wzrostu gospodarki. Spadek rocznej dynamiki WIG20 jest mocnym za tym argumentem.

W tej sytuacji pytanie o to czy dojdzie do spowolnienia gospodarczego traci aktualność. Z punktu widzenia inwestorów kluczowa staje się odpowiedź na inne pytanie - jak długo potrwa proces spowolnienia i jak bardzo gospodarka wyhamuje. Pocieszające jest to, że jeżeli ma się powtórzyć scenariusz "miękkiego lądowania" z 2004 i 2005 r., to koniunktura na giełdzie nie powinna się na długo pogorszyć. Od połowy hossy w 2003 r. roczna stopa zwrotu z WIG20 praktycznie ani razu nie była ujemna (co można zresztą przyjąć za wyznacznik hossy). To oznacza, że chociaż WIG20 nie będzie prawdopodobnie w najbliższych miesiącach rósł w takim tempie, jak w najlepszych momentach hossy, to na szczęście czarny scenariusz bessy jest także mało realny.