Bez przesady
W ostatnich kilku miesiącach, aż do wczoraj, mieliśmy całą serię rozczarowań danymi GUS o inflacji. Cały czas okazywały się one gorsze niż oczekiwali ekonomiści bankowi, a za nimi inwestorzy. Inflacja, która - kto to pamięta? - w marcu wynosiła 0,4 proc. w sierpniu i wrześniu była cztery razy wyższa (to nie pomyłka - w obu miesiącach ceny rosły w tempie 1,6 proc. w skali roku).
Czy "hydra inflacji" podnosi łeb? Bez przesady. Roczny wzrost cen tylko nieznacznie przekracza dolną - podkreślam: dolną - granicę akceptowanego przez Radę Polityki Pieniężnej pasma wahań inflacji. Do optymalnego, zdaniem Rady, poziomu 2,5 proc. ciągle jeszcze dość daleko. Faktycznie, w ostatnich miesiącach tego i na początku przyszłego roku będziemy mieli do czynienia ze wzrostem inflacji. Będzie to jednak efekt w dużej mierze "statystyczny".
Źeby przekonać się o sile presji inflacyjnej, wystarczy rzut oka na jedną kategorię cen - "odzież i obuwie". Tu mamy do czynienia nie ze wzrostem, a ze spadkiem. W skali roku wyniósł on 7 proc. To najlepsza wskazówka, że tam, gdzie o cenach decyduje rynek, a nie pogoda (jak przy żywności czy paliwach), do zaobserwowania presji inflacyjnej potrzeba dość silnego szkiełka, bo samo oko nie wystarczy.
W tej sytuacji oczekiwanie, że w najbliższym czasie Rada Polityki Pieniężnej mogłaby zdecydować się na duże podwyżki stóp procentowych wydaje się co najmniej przesadzone. Możliwe, że w przyszłym roku zdecyduje się na "dostrajanie" wysokości stóp, ale gwałtownych ruchów na pewno nie będzie.