Rynki wschodzące zaczynają nieśmiało powracać do łask inwestorów, chociaż wciąż daleko im do okresu największej świetności. Indeks MSCI Emerging Markets znajduje się na poziomie pięciomiesięcznego maksimum. Z jednej strony można uznać, że ów wzrost i tak jest mizerny w porównaniu z entuzjazmem panującym na rynkach rozwiniętych, gdzie indeksy są najwyżej od lat. Z drugiej strony pojawiają się jednak pierwsze pozytywne sygnały świadczące o tym, że rynki rozwinięte wychodzą z okresu słabości. Od początku października wyraźnie rośnie różnica rocznych stóp zwrotu między indeksem MSCI Emerging Markets a analogicznym indeksem dla rynków wschodzących. W czwartek roczna stopa zwrotu z MSCI EM była o ponad 8 pkt proc. wyższa. Tymczasem na początku miesiąca była bliska zera. Różnica stóp zwrotu jest o tyle użytecznym wskaźnikiem, że na jego wykresie zarysowują się wyraźne strefy wsparcia i oporu. To że jego odbicie nastąpiło akurat niewiele powyżej zera można tłumaczyć dotarciem do strefy wsparcia wyznaczonej przez minima z późnego lata

2004 r. Ten sam wskaźnik sugeruje jednak, że szybki powrót rynków wschodzących do najwyższej formy jest mało prawdopodobny. Po osiągnięciu przez różnicę stóp zwrotu minimum w sierpniu 2004 r. wskaźnik jeszcze przez pół roku oscylował w strefie 2-10 pkt proc. Dopiero po tej fazie przejściowej rynki wschodzące stały się na nowo obiektem masowego zainteresowania. Można zatem uznać, że i tym razem będzie podobnie. Obecnie rynki wschodzące najwyraźniej najgorsze mają za sobą i znajdują się w fazie przejściowej, w której będą się zachowywać tak samo jak rynki dojrzałe. Później można oczekiwać powrotu mody na emerging markets. To czy kapitały do tej grupy rynków będą napływały tak szerokim strumieniem jak w pierwszych miesiącach roku zależeć będzie zapewne od sytuacji na rynku surowców, które są

kluczowym towarem eksportowym dla wielu rozwijających się gospodarek.