Reklama

Richard Driehaus inwestor agresywny

Gdy miał 13 lat, nauczycielka matematyki zadała w klasie pytanie, ile wynosi 3 procent z 1000 dolarów. Zgłosiły się wszystkie dzieci oprócz Richarda. Nie wiesz? - zapytała matematyczka. Proszę pani, mnie nie interesuje 3 procent!

Publikacja: 20.10.2006 12:07

Richard Driehaus to jedna z najniezwyklejszych osobowości z Wall Street. Jest twórcą jednej z najbardziej przewrotnych filozofii inwestowania. Giełdową maksymę "kupuj tanio, sprzedawaj drogo" zamienił na "kupuj drogo, sprzedawaj tanio", a z analizy technicznej uczynił naczelne narzędzie do inwestowania pieniędzy klientów. Jaki skutek? Przez dwanaście lat, kiedy zarządzał funduszami, średnia roczna stopa zwrotu przekroczyła 30 proc., praktycznie dublując indeks S&P 500. Każde 1000 dolarów przekazane Driehausowi pod opiekę przemieniłoby się w ponad 23 tysiące.

Niełatwe początki

Przygoda z giełdą dla wielkiego inwestora rozpoczęła się dość wcześnie, bo gdy miał zaledwie 13 lat. Za zaoszczędzone na rozwożeniu gazet tysiąc dolarów nabył swoje pierwsze papiery. Wskazówki, co kupować, a co sprzedawać, znajdował w codziennej prasie, jednak tamtejsze rekomendacje nie dawały najlepszych rezultatów. Wielkość jego portfela zamiast rosnąć, kurczyła się. To skłoniło Richarda do własnych poszukiwań.

Po ukończeniu studiów otrzymał posadę analityka w jednej z niewielkich amerykańskich firm brokerskich. Zajmował się tworzeniem rekomendacji maklerskich, jednak żadna z nich nigdy nie została wykorzystana przez zarządzających. Powód? Zbyt wysoki wskaźnik C/Z (cena do zysku) polecanych papierów. Słynny inwestor był zdania, że giełdowi gracze zbyt pochopnie odrzucają wysoko wyceniane akcje. Może to być po prostu odzwierciedlenie dobrych perspektyw spółki, a większość ludzi po prostu obawia się dużego ryzyka. Po dwóch latach pracy, nie widząc możliwości wcielenia swojej filozofii w życie, Driehaus opuścił biuro maklerskie.

Kolejną pracę udało mu się znaleźć w banku inwestycyjnym z Chicago. Przełożeni szybko zorientowali się, że jego rekomendacje, choć zdecydowanie odmienne od tego, co zwykle przygotowywali analitycy, sprawdzały się z zadziwiającą skutecznością. Wskazywanym przez Driehausa papierom niemal zawsze udawało się pokonać rynek. Pełen uznania zarząd, przyznał mu w nagrodę 400 tysięcy dolarów do samodzielnego zarządzania. Dla Richarda była to chwila przełomowa. Po raz pierwszy otrzymał prawdziwą szansę zastosowania swoich pomysłów w praktyce.

Reklama
Reklama

Początki, jak to jednak zwykle bywa, okazały się trudniejsze niż przypuszczał. Pech chciał, że na początku lat 70., gdy Driehaus tworzył swój portfel, światowe indeksy spadały, a na horyzoncie malowało się widmo szoku naftowego. Nie ułatwiało to zadania początkującemu menedżerowi. Jego największa pozycja w portfelu - firma Bandag - w ciągu pół roku straciła na wartości ponad 40 procent. Nic więc dziwnego, że słynny inwestor zaczął wątpić w swoją własną filozofię inwestowania. Gdy tylko w roku 1972 cena akcji przekroczyła o 5 dolarów cenę zakupu, za namowami kolegów pozbył się jej papierów. Niesłusznie. Przez następne dwa lata spełniły się wszystkie jego prognozy na temat firmy, a jej cena wzrosła dziesięciokrotnie. Driehaus, który jednak sprzedał już cały pakiet, mógł tylko bezradnie przyglądać się, jak potencjalne zyski wyciekają mu przez palce. Obserwując to, zrozumiał, co w inwestowaniu jest najważniejsze: mieć absolutne przekonanie o swojej racji.

Pierwsze sukcesy

Dalej już poszło z górki. Wprawdzie nie wszystkie dokonywane przez Driehausa inwestycje okazywały się sukcesem, ale przypadki, w których miał rację, rekompensowały wszelkie straty z solidną nadwyżką. Przyszły guru szybko nauczył się, że z każdej okazji, jaką stwarza giełda, trzeba wycisnąć zyski do ostatniej kropli. Gdy jest się mocno przekonanym o swojej racji, należy postawić wszystko na jedną kartę, otworzyć dużą pozycję i nie pozwolić szansie na zarobek się wymknąć. Tylko takie postępowanie, zdaniem słynnego inwestora, może zagwarantować wysokie zyski.Właśnie tego typu inwestycją były akcje Home Shopping Networks [HSN], które Richard Driehaus nabył w 1986 r. podczas oferty pierwotnej. Firma zajmowała się sprzedażą taniego towaru - ubrań, biżuterii i tym podobnych - który oferowała w telewizji kablowej. Pionierskie przedsiębiorstwo prowadziło sprzedaż wysyłkową i jako jedno z pierwszych działało na zasadzie TV-marketu. Spółka nie dość, że miała imponujące wyniki w przeszłości, to na dodatek malowały się przed nią świetne perspektywy. Nic dziwnego, że podczas samego debiutu papiery zostały wywindowane z 18 do 40 dolarów. Pokaźna "przebitka" nie zraziła jednak Driehausa, który dokupił jeszcze więcej papierów. Półtora roku później, gdy cena akcji sięgnęła 200 dolarów, a Home Shopping Networks opanowało już większość dostępnego rynku, Driehaus pozbył się akcji.

Jogurtowy kłopot

Nie wszystkie inwestycje okazywały się oczywiście takim sukcesem. Przykładem negatywnym może być choćby firma o intrygującej nazwie "To Nie Może Być Jogurt" (This Can?t Be Yogurt - TCBY). Pomimo że Richard nie był szczególnym amatorem produktów mlekopochodnych, za radą przyjaciela wybrał się do supermarketu, aby dokonać empirycznej analizy produktów firmy. Wyniki badania okazały się bardzo pozytywne: słynny inwestor był wprost olśniony smakiem jogurtów giełdowej spółki. Następnego dnia natychmiast zaczął skupować akcje.

Niestety rynek okazał się wyjątkowo nieprzyjazny dla TCBY. Walory, które Driehaus nabywał po około 7 dolarów, już wkrótce kosztowały 4 dolary. Łamiąc swoje zasady, Richard nie zastosował żadnych zleceń stop. Druga połowa lat 70., kiedy słynny inwestor posiadał akcje, była okresem wyjątkowo niekorzystnym dla inwestorów, a szczególnie właścicieli małych spółek. Dlatego też Driehaus zdecydował się pozbyć akcji ze stratą. Jak się później okazało, nie była to najtrafniejsza decyzja. Gdy tylko zmienił się sentyment do małych spółek, TCBY poszło w górę. Ostatecznie papierami handlowano za 200 dolarów od sztuki.

Reklama
Reklama

Własny interes

Ostatecznie, po wielu perturbacjach zawodowych, Driehaus postanowił spróbować sił na własną rękę. W 1979 roku założył Driehaus Securities, które ostatecznie przekształciło się w Driehaus Capital Management. Sukces zarządzanych przez słynnego inwestora funduszy okazał się naprawdę imponujący. Przykładowo średnia stopa zwrotu z Funduszu Małych Spółek wyniosła ponad 30 procent. S&P 500 rósł w tym samym okresie przeciętnie 16,7 proc, więc Driehausowi udało się go niemal zdublować. Kosztem tak wysokich wzrostów było jednak spore ryzyko. Podczas gdy w latach tłustych stopy zwrotu osiągały nawet 213 procent, w latach chudych zdarzało się, że fundusze traciły po 10 procent nawet do trzech lat z rzędu. Niemniej jednak każdy dolar oddany słynnemu inwestorowi z Chicago pod opiekę zamieniłby się po 13 latach w 23 dolary, podczas gdy zainwestowane w indeks S&P 500 przyniosłoby tylko 6 dolarów zysku.

W jaki sposób udało się to osiągnąć? Trzeba śmiało powiedzieć, że metody stosowane przez Richarda Driehausa są dalekie od powszechnych standardów. Premiuje on między innymi firmy, które posiadają wysoki wskaźnik ceny do zysku, co większości inwestorów nie mieści się prawdopodobnie w głowie. Przyjrzyjmy się jednak jego metodom po kolei.

Po pierwsze, wszystkie fundusze zarządzane przez Richarda Driehausa to fundusze agresywne. Celem wielkiego inwestora nie jest wyszukanie i kupienie tanich akcji, tylko wykorzystanie w pełni dynamiki rynku. Nie chodzi więc o znajdowanie niedowartościowanych firm (tak zwany value investing), ale o inwestowanie we wzrost (growth investing).

Filozofia wzrostu

Filozofia inwestowania Driehausa zakłada, że czynnikiem, który w największym stopniu wyznacza cenę akcji, jest wzrost zysku. Wszelkie inne wartości są jedynie pochodne. Tylko dzięki rosnącym zyskom możliwe jest zwiększanie dywidend, przepływów pieniężnych czy wartości księgowej. Bez względu na wszystkie inne sprawy, wzrost zysku jest absolutnym priorytetemKonsekwencją tak szybkiego wzrostu jest zwykle wysoki wskaźnik ceny do zysku. Słynny inwestor uważa jednak, że wśród większości giełdowych graczy nad racjonalną kalkulacją ryzyka przeważa raczej strach przed kupowaniem wysoko wycenianych spółek. W ten sposób odcinają się oni od możliwości nabycia do portfela najlepiej rozwijających się przedsiębiorstw na rynku.

Reklama
Reklama

Gdzie szukać szybko rosnących firm? Przede wszystkim pośród małych spółek. To właśnie niewielkie, innowacyjne firmy potrafią w długim okresie zapewniać ponadprzeciętną stopę zwrotu. Warto też przyjrzeć się bliżej przedsiębiorstwom, na które analitycy nie zwracają szczególnej uwagi. Niewielka liczba lub nawet brak rekomendacji może tworzyć dobrą okazję do inwestycji, ponieważ rynek - bez pomocy analityków - nie zawsze potrafi trafnie wycenić spółkę. Pojawiają się wówczas często niedowartościowania, na które warto polować. Jeżeli chodzi o różne kraje, rynki, branże, Driehaus nie ogranicza się w żaden sposób. Pieniądze swoich klientów lokuje na całym świecie, we wszystkich walutach, gdziekolwiek tylko dojrzy korzystną okazję. Warunek jest jeden: portfel musi być przez cały czas do pełna wypełniony akcjami. Bez względu na fazę cyklu koniunkturalnego czy rentowność obligacji - prymat zawsze wiodą akcje.

Ścisłe kryteria

Warunki doboru konkretnych spółek stosowane przez wielkiego inwestora są dość szerokie. Pod lupą znajduje się nawet sytuacja techniczna, co nie jest zbyt powszechne wśród zarządzających funduszami. Najważniejsze są jednak fundamenty. Sam Driehaus dzieli kryteria zakupu na 3 grupy: obiektywne, subiektywne oraz techniczne. Spółka kwalifikuje się do nabycia, jeżeli spełnia większość postawionych wymagań.

Kryteria obiektywne to przede wszystkim rosnące przychody oraz zysk. Poza tymi dwiema wartościami nie wolno ignorować reszty fundamentów. Bardzo pożądane cechy to także zaskoczenie rynku wyjątkowo dobrymi wynikami oraz zrewidowanie prognoz w górę. Warto również bliżej przyjrzeć się spółkom, które wprowadzają na rynek nowe produkty. Dobrą okazję do zarobku mogą dać też przedsiębiorstwa, którymi dopiero co zaczynają się interesować instytucje finansowe.

Druga grupa to kryteria subiektywne. Dotyczą one w dużej mierze otoczenia spółki. Dobierając firmy do swojego portfela Richard Driehaus zwraca uwagę na nastrój panujący wokół sektora. Intensywny rozwój firmy powinien znajdować przynajmniej minimalne potwierdzenie w koniunkturze w branży. Premiowane są te obszary gospodarki, w których zachodzą pozytywne przemiany dobrze rokujące na przyszłość. Nie bez znaczenia jest poziom konkurencji w sektorze, zachodzące zmiany prawne czy technologiczne.

Reklama
Reklama

Bez względu jednak, jak bardzo korzystna byłaby sytuacja fundamentalna spółki, rozsądny inwestor nigdy nie powinien kupować akcji, gdy nie sprzyja mu analiza techniczna. Przede wszystkim należy wystrzegać się nabywania papierów, które zachowują się słabiej niż rynek. Richard Driehaus mierzy to za pomocą jednego z prostych oscylatorów, na przykład RSI. Idealnie, gdy akcje są w 10 procentach najlepiej zachowujących się papierów na giełdzie. Warto też poczekać, aż na wykresie nastąpi wyraźne wybicie potwierdzone wzrostem wolumenu.

Analogiczny charakter do kryteriów zakupu mają kryteria sprzedaży. Negatywna zmiana w którejkolwiek z trzech grup założeń może być dobrym powodem do pozbycia się akcji. Oprócz wymienianych już kwestii trzeba dodać, że wystarczającą przyczyną odsprzedaży papierów jest również przedłużająca się stagnacja notowań lub przydługa korekta.

Gdy Driehaus rozpozna sygnał sprzedaży lub gdy wypatrzy na horyzoncie nową, atrakcyjniejszą spółkę, nie waha się zmienić składu portfela. Elastyczność i natychmiastowe działanie to jeden z istotniejszych elementów w strategii inwestora z Chicago.

Zasady gry, jakich trzyma się Richard Driehaus, są niezwykle restrykcyjne, więc trudno się dziwić, że wiele z jego typów jest naprawdę udanych. Niestety, strategia słynnego guru jest praktycznie nie do zastosowania dla przeciętnego inwestora z GPW. Driehaus ma w zasięgu ręki dziesiątki tysięcy firm notowanych na całym świecie. Nawet jeżeli przepuści je przez gęste sito swoich wymagań, jest w stanie zbudować solidnie zdywersyfikowany portfel. Polski inwestor ma dostępne niecałe 300 firm, co nie daje mu już tak szerokiego pola do popisu.

Trader idealny

Reklama
Reklama

Nie tylko jednak ograniczony wybór spółek może uniemożliwić giełdowym graczom dorównanie wielkiemu inwestorowi. Zdaniem Driehausa nie każdy może zostać dobrym traderem - trzeba mieć do tego odpowiednie cechy. Inwestor nie musi mieć IQ 150 ani skończyć Oxfordu, powinien za to prezentować sporą elastyczność oraz zdolność do podejmowania dużego ryzyka. Co ważniejsze jednak, musi być na tyle pracowity i otwarty na nowe pomysły, aby stworzyć własną filozofię inwestowania. Dlaczego własną? Ponieważ tylko wtedy gracz jest całkowicie pewny tego, co robi. A pewność taką trzeba mieć, żeby przetrzymać straty i ciągle ufać, że ma się rację. Zdaniem Driehausa, jedynie wierząc w to, co się robi, można osiągnąć sukces. Innej drogi nie ma.

fot. Bloomberg

Trudny rok 1987

Zdarzają się sytuacje, w których nawet tak znanym i cenionym inwestorom jak Richard Driehaus nie udaje się uniknąć strat. Przykładem może być krach na przełomie października i listopada 1987 roku. Fala spadków dotknęła praktycznie wszystkich znaczących rynków świata, a amerykański Dow Jones stracił 23 procent. Była to druga największa (po 1929 roku) zniżka w historii. O jej przyczyny ekonomiści spierają się do dziś. Co ciekawe, krachu nie poprzedziły żadne typowe sygnały, jak choćby wzrost zmienności.

Przed stratami nie uchronił się również Driehaus. Sprawę pogorszył fakt, że jego portfel po brzegi wypełniony był akcjami, i to głównie małych spółek. Ostatecznie czołowy fundusz słynnego inwestora - Small Cap Fund - w ciągu kilku dni stracił 34 procent.

Reklama
Reklama

Którymi spółkami z warszawskiego parkietu zainteresowałby się Richard H. Driehaus? Większość kryteriów - oczywiście poza czysto technicznymi - spełniają poniższe firmy.

Hutmen - (C/Z 41,6) spółka ze stajni Romana Karkosika produkująca i sprzedająca wyroby odlewane oraz wyciskane i ciągnione z metali i ich stopów. Ostatnio widoczna gwałtowna poprawa wyników, zwiększanie prognoz i bardzo silne zachowanie kursu. Pomaga również dobra koniunktura w branży metalowej. Ambitne plany obiecująco rokują na przyszłość.

Energopol - (C/Z 25,8) firma działająca w branży budowlanej. Świadczy usługi budowlano-montażowe w zakresie robót ziemno-inżynieryjnych, makroniwelacji terenu, robót żelbetowych, wyburzeniowych oraz remontów dróg. Świetna koniunktura w budownictwie pomaga poprawiać wyniki i doprowadza do dużych zwyżek kursu.

Ampli - (C/Z 13,6) Ampli jest firmą handlową, wyspecjalizowaną w obrocie materiałami elektrycznymi (kable, przewody, oświetlenie). W ciągu ostatnich trzech miesięcy kurs wzrósł o 130 procent, ponieważ Ampli szybko poprawia wyniki. Korzysta przy tym z dobrej sytuacji w branży elektrycznej.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama