Nad Zatoką Meksykańską nie szalały huragany, nigeryjscy partyzanci nie wysadzili żadnych tamtejszych instalacji, a sytuacja na Bliskim Wschodzie była nadzwyczaj spokojna. Dla rynku ropy sytuacja idealna, by po okresie rekordów notowania mogły pikować. I zapikowały. Od połowy lipca ropa staniała o jedną czwartą.
Ucieszyli się wszyscy konsumenci, głównie zmotoryzowani. Sam nie byłem wyjątkiem. W końcu ceny benzyny miały szansę osiągnąć poziom bardziej przyjazny dla portfeli. Mniej za benzynę, którą kupić i tak trzeba, to przecież więcej na inne wydatki.
Nie ucieszyli się szejkowie. Ropa po prawie 80 dolarów, a ropa po niespełna 60 dolarów to jednak różnica spora. To tak jak cztery najnowsze mercedesy w garażu zamiast trzech. W trybie pilnym zjechali do Kataru i podjęli decyzję: na rynek codziennie popłynie 1,2 miliona baryłek ropy mniej. Jeśli będzie trzeba, w grudniu nastąpią kolejne redukcje. Na razie mówi się o 300 tysiącach baryłek.
Co na to rynek? W czwartek, owszem, było nerwowo. Notowania podskoczyły o ponad dolar, ceny w Nowym Jorku znów przybliżyły się do 60 dolarów za baryłkę. Ale w piątek już znów przyszło uspokojenie. Baryłka staniała do 57,7 dolara. W ostatnich dniach tylko raz była tańsza.
Trzeba poczekać. Ale jeśli na groźby OPEC rynek będzie odpowiadać tak jak do tej pory, to kartel będzie mógł zredukować wydobycie choćby i o połowę, a swoich 60 dolarów za baryłkę nie obroni. Tylko kto wówczas będzie bać się gróźb kartelu, gdy z 40 procent zostanie mu ledwie jedna piąta rynku.