W ostatnich tygodniach amerykańskie indeksy rosły w tempie jakie świadczyć by mogło o oczekiwanej przez rynek wyjątkowej poprawie wyników spółek. Wszystko to dzieje się przy tym w warunkach spowolnienia gospodarczego, o czym przekonują najświeższe wstępne dane o wzroście PKB w III kwartale, które okazały się znacznie gorsze od oczekiwań. Wytłumaczenia tego paradoksu mogą być tylko dwa. Albo rynek stwierdził już, że spowolnienie gospodarcze nie przybierze niebezpiecznych rozmiarów i w ostatnich tygodniach inwestorzy dyskontowali odbicie gospodarki, albo ostatnia zwyżka była po prostu na wyrost. Pierwszy wariant oznaczałby, że inwestorzy w niewielkim stopniu będą się emocjonować wynikami spółek za III kw. Bez względu na to, jaka jest odpowiedź na to pytanie, to amerykańskie indeksy zawędrowały już tak wysoko, że mogą mieć problem z kontynuacją korzystnej tendencji. Na ich wykresach widać pierwsze sygnały mogące świadczyć o wyczerpującym się potencjale wzrostowym. Roczna stopa zwrotu z S&P 500 przekroczyła 17 proc. Tym samym osiągnęła poziom, jaki ostatnio notowano w sierpniu ub. r. Wówczas przy tym poziomie doszło do zatrzymania zwyżki S&P 500 na ponad trzy miesiące. Wcześniej wyższą roczną stopę zwrotu indeks miał u schyłku pierwszej fali hossy na początku 2004 r. Inny wskaźnik - odchylenie S&P 500 od średniej kroczącej ze 100 sesji - także sięgnął właśnie poziomu z początku 2004 r.

Z kolei technologiczny Nasdaq Composite stanął przed poważnym wyzwaniem, jakim jest pokonanie kwietniowego szczytu. Co prawda w czwartek udało się naruszyć ten opór, ale już piątkowa korekta pokazała, że na świętowanie jest za wcześnie. Zresztą także i w przypadku tego indeksu odchylenie od średniej ze stu sesji osiągnęło bardzo wysoki poziom - ostatnio notowany w końcu 2004 r., czyli w przeddzień załamania pięciomiesięcznego trendu wzrostowego. Trendu, który był zresztą bardzo podobny do obecnego pod względem siły i zasięgu.