Amerykańscy inwestorzy będą coraz więcej pieniędzy lokować na warszawskiej giełdzie - uważa John Carey, wiceprezes Pioneer Investment. Ich aktywność, jego zdaniem, hamują trzy czynniki. Pierwszym jest niska płynność akcji większości spółek notowanych na GPW. Inwestorzy z USA szukają jako celu inwestycyjnego dużych spółek, o kapitalizacji na giełdzie rzędu 13-14 mld USD. Takie wymagania spełniłoby niewiele polskich podmiotów giełdowych. Właściwie tylko wartość rynkowa PKO BP (według kursów z 6 listopada) przekracza 13 mld USD, czyli około 39 mld zł.
Większą kapitalizację mają tylko notowane na GPW spółki zagraniczne (np. BACA, CEZ).
Co więcej, według Johna Careya, polskie przedsiębiorstwa nie promują się w jego rodzinnym kraju. Chodzi nie tylko o informacje w mediach, ale też brak obecności zarządów naszych w amerykańskich kręgach gospodarczych. Barierą jest także dostępność danych finansowych. - Konieczna jest pełniejsza ich przejrzystość - uważa J. Carey.
Zdaniem zarządzającego funduszami PI, zainteresowanie inwestorów amerykańskich rynkami wschodzącymi będzie się nadal utrzymywać, choć ze względu na dużą zmienność cen akcji tamtejszych spółek większość środków inwestowana jest na giełdach krajów o dojrzałych gospodarkach. W jakich proporcjach? - Do niedawna stosowano zasadę, że w perspektywie 10-25 lat od 10 proc. do 15 proc. aktywów można ulokować na rynkach wschodzących. Teraz może to być nawet 30-35 proc. - wyjaśnia John Carey. Resztę lepiej inwestować w papiery wartościowe krajów gospodarczo stabilnych.
J. Carey pozytywnie ocenia także sytuację makroekonomiczną w USA: 4,4-procentowe bezrobocie zbliża się do rekordowo niskich poziomów, prognozowany deficyt budżetowy na koniec 2006 roku na poziomie 2 proc. PKB będzie niższy niż w krajach strefy euro. Dodatkowo, dynamika zysków przedsiębiorstw amerykańskich przekroczyła wzrost cen ich akcji. - Natomiast lekkie wyhamowanie amerykańskiej gospodarki jest naturalne na tym etapie cyklu koniunkturalnego - podsumowuje J. Carey.