W pierwszej połowie poniedziałkowych notowań S&P 500 spadł do wsparcia wyznaczonego przez szczyt z końca października. Wyznaczona on w tej chwili najważniejszą barierę chronią przed dalszym pogorszeniem nastrojów.
Z chwilą zamknięcia poniżej 1389 pkt będzie można mówić o końcu ponad czteromiesięcznego ruchu w górę. Jednocześnie zapowiadać to będzie przecenę o jakieś 8 proc., tak jak było to w czterech poprzednich przypadkach, gdy do głosu na amerykańskim parkiecie dochodzili sprzedający. Z tego powodu wczorajsze zachowanie tamtejszej giełdy wysuwało się na pierwsze miejsce także z punktu widzenia oceny perspektyw naszego rynku. Ten wczoraj znów wyraźnie się podzielił. Trudno było przy tym znaleźć wspólny mianownik.
Dobrze wypadły banki, kiepsko KGHM oraz TP. Sporo zniżkował Lotos, ale PKN poszedł w górę. Spółki z WIG-u podzieliły się mniej więcej po połowie na te, które zyskały i straciły. To wszystko wskazuje, że byliśmy świadkami kolejnej sesji trendu bocznego, z przebiegu której trudno wyciągać dalej idące wnioski. Taka sytuacja trwa już ponad sześć tygodni. Biorąc pod uwagę, że w początkach listopada mieliśmy fałszywe przełamanie ważnego oporu w okolicy 3200 pkt to prawdopodobieństwo zniżki do dolnej granicy tendencji horyzontalnej jest bardzo duże. To oznaczałoby w najbliższych dniach test bariery 3100 pkt. Ta zaś chroni przed spadkiem o kolejne 200 pkt.
Pogorszenie klimatu na dojrzałych parkietach przyszło w istotnym momencie z punktu widzenia rynków wschodzących. Indeks mierzący na nich koniunkturę właśnie zbliżył się do wiosennego maksimum. Jego pokonanie mogłoby umocnić wiarę w ich korzystne perspektywy. Giełdy na emerging markets w ostatnich miesiącach wypadały słabiej od rozwiniętych rynków, ale wyraźniej lepiej od japońskiego parkietu. Ten ostatni jest postrzegany jako dobry barometr światowej gospodarki. Ta przewaga rynków wschodzących nad Japonią jest tym bardziej zastanawiająca, że ceny ropy nie odbijają się, co raczej sprzyja azjatyckim gospodarkom niż emerging markets.