Spółki związane z energetyką notowane na warszawskiej giełdzie można podzielić na dwie grupy: bezpośrednich producentów energii elektrycznej i ciepła oraz firmy świadczące usługi na rzecz zakładów energetycznych. W pierwszej grupie znajdują się dwie "klasyczne" spółki: Elektrociepłownia Będzin i Kogeneracja (sprzedaje energię elektryczną i cieplną we Wrocławiu, w skład grupy kapitałowej wchodzi także EC Zielona Góra) - zajmują się produkcją ciepła i energii elektrycznej dla celów przemysłowych i ludności. Wyniki finansowe obydwu spółek cechują się sezonowością - osiągają zyski w I i IV kwartale roku, w okresie grzewczym, natomiast II i III kwartał z reguły kończy się stratami. Dość silną sezonowość udało się w pewnym stopniu złagodzić Kogeneracji, dzięki zmianie profilu działalności spółki zależnej (EC Zielona Góra) z przedsiębiorstwa produkującego głównie energię elektryczną na firmę wytwarzającą przede wszystkim energię elektryczną.
CEZ przyćmił konkurentów
Krajową część branży energetycznej dopełniają dwie spółki, które wystąpiły na giełdzie w trakcie ostatniej hossy. Pod koniec 2004 roku na rynku pojawił się Praterm - firma rozwijająca się przez przejęcia lokalnych elektrociepłowni. W skład grupy kapitałowej, oprócz jednostki dominującej, wchodzi 12 firm, zajmujących się przede wszystkim sprzedażą energii cieplnej. Z tego źródła pochodzi 90 proc. przychodów grupy Praterm. Podobnie jak w przypadku Będzina i Kogeneracji, wyniki finansowe spółki podlegają silnym wahaniom sezonowym. W pierwszej połowie 2005 r. na giełdzie pojawił się Polish Energy Partners, spółka działająca w nieco innych segmentach rynku energetycznego. Po pierwsze, PEP świadczy usługi outsourcingowe związane z wytwarzaniem energii dla odbiorców przemysłowych, po drugie - produkuje energię odnawialną z biomasy i wiatru.
Niedawni debiutanci wypadają w ostatnich miesiącach korzystnie na tle "starych" spółek energetycznych. W ostatnich 12 miesiącach kurs Pratermu zwiększył się niemal o 100 proc., natomiast notowania PEP poszły w górę o 60 proc. PEP nie przeszkodziło nawet drastyczne obniżenie prognozy przychodów i zysku na 2006 rok, związane z niewypłacalnością jednego z kontrahentów. Zamiast planowanego 12-mln zł zarobku spółka ma ponieść w tym roku stratę w wysokości 1,6 mln zł.
Branżę uzupełnia czeski gigant CEZ. Spółka pojawiła się na warszawskiej giełdzie pod koniec października i choć przed debiutem oceny dotyczące płynności akcji były sceptyczne (głównym rynkiem notowań jest Praga, akcje CEZ wyceniane są także na giełdzie w Londynie), to na razie jest ona wysoka. Średnia wartość wymiany na pierwszych 20 sesjach wynosi 18 mln zł, co stawia spółkę w giełdowej czołówce. Debiut tak dużej firmy (wartość rynkowa CEZ przekracza 50 razy łączną kapitalizację pozostałych przedsiębiorstw wytwarzających energię) poszerzył możliwości inwestycyjne krajowych inwestorów instytucjonalnych. Na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie brakowało (i nadal brakuje) dużych, płynnych spółek, reprezentujących branże defensywne, tzn. takie, których przychody i zyski nie są mocno uzależnione od tempa wzrostu gospodarczego. Przynajmniej zatem w teorii walory CEZ powinny wypadać lepiej od rynku w czasie bessy. Założenie to może okazać się błędne, w czasie hossy bowiem na rynkach wschodzących papiery czeskiego giganta zachowywały się tak, jakby był on typową firmą cykliczną, która korzysta na silnym wzroście gospodarczym. Jeszcze w połowie 2003 r. akcje kosztowały 100 koron, dziś ich cena to prawie 900 koron. Tylko w ostatnich 12 miesiącach notowania CEZ podskoczyły o 132 proc. Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom zarządzających krajowymi funduszami, giełda zdecydowała się w ekspresowym tempie, już w grudniu, włączyć walory firmy do indeksu WIG20. Duży optymizm inwestorów