Wielu ma tę słabość, że lubi podobać się władzy. Wszyscy lubimy podobać się innym, jednakże niektórzy władzy chcą przypaść do gustu szczególnie. Być może dlatego, że z niej żyją, a być może z innych przyczyn. Zastanawiam się jednak, w jakim stopniu ta przypadłość dotyczy także inwestorów. Oczywiście nie prostych dawców kapitału - bo ich sympatie są przecież władzy nieznane i, mówiąc brutalnie, często, wyjąwszy wybory, obojętne - ale wielkich tego świata.
Kolejne doniesienia o szukaniu/znalezieniu przez bardzo bogatych Polaków złóż ropy czy zakusach na paliwowe spółki - i nie mam tu na myśli Orlenu - choćby formułowane w trybie mocno warunkowym można by odczytywać w tym właśnie kontekście. Nawet jeśli - czego absolutnie nie wykluczam - nie takie były intencje. Pewne pomysły żyją wszak własnym życiem.
Jasne - ropa to znakomity interes. Ale tak się składa, że moda na jej poszukiwanie, bo jeszcze nikt nawet kropli nie wydobył, rozpoczęła się u nas właśnie wtedy, kiedy temat bezpieczeństwa energetycznego kraju stał się absolutnym priorytetem w oczach rządzących. W ten oto sposób wyścig po ropę, czy surowce w ogóle, stał się - czy tego ktoś chciał, czy nie - wyścigiem po uznanie i sympatię polityków. Po prostu trudno sobie wyobrazić, by rządzący patrzyli krzywo na kogoś, kto w praktyce będzie realizował - lub nawet tylko zdawał się realizować - scenariusz dywersyfikacji źródeł energii i paliw. Mieć sympatię rządzących, co w naszych realiach biznesowych wcale nie jest obojętne, własne pole naftowe i perspektywę dużych zysków - czego chcieć w biznesie więcej? Nie ma zresztą w tym nic specjalnie złego. Lepsze to już niż przymilanie się władzy w zaciszu pałacowych komnat.
O ile jednak w przypadku surowców chodzi pewnie o zwykły zbieg okoliczności, o tyle nie można o nim mówić w odniesieniu do tych rekinów finansjery, którzy szafują teraz publicznie argumentem, że ich kapitał i ich przedsięwzięcia są dobre, bo polskie. I że stali oni zawsze i stoją na straży narodowych interesów (cokolwiek miałoby to znaczyć) - tylko dotychczas po cichu. To w sposób zbyt nachalny wpisuje się w retorykę władzy, a po drugie - oznacza ni mniej ni więcej, że ktoś wie lepiej, jaki jest interes narodowy. Wcale przy tym nie jest pewne, co naród o tym myśli, bo przecież nikt go o zdanie nie pyta. Nie jestem przy tym pewien, czy rzeczywiście narodowi i jego gospodarce na zdrowie wyszedł np. "obowiązkowy" udział niektórych inwestorów w prywatyzacji wielkich firm, czy kooperacja państwa z wielkim rodzimym biznesem. A przecież na błędach warto się uczyć.
Bardzo się cieszę, kiedy wielkie kontrakty czy przedsiębiorstwa trafiają w polskie ręce. I cieszę się, że niektórzy mają talent do gromadzenia ogromnego kapitału, którego naszej gospodarce potrzeba jak powietrza. Ale cieszę się jeszcze bardziej, kiedy nasz kapitał jest rzeczywiście lepszy niż obcy. Bo rozumie miejscowe warunki i pracowników, zna i szanuje prawo, płaci więcej, zapewnia perspektywy rozwoju, oferuje więcej miejsc pracy czy szybszy postęp. A więc po prostu, kiedy jest obiektywnie lepszy, a nie tylko lepszy i już. Doświadczenie uczy, że niestety wcale tak być nie musi. Wtedy jednak dla przyzwoitości nie należałoby mówić o interesie narodowym, a co najwyżej - o własnym interesie. W końcu nawet bardzo bogatym i wpływowym inwestorom do Ludwika XIV trochę jeszcze brakuje.