Reklama

Weekendowa Analiza Futures

Publikacja: 10.12.2006 12:41

Kamil Jaros

Rynek pracy to główny temat ubiegłego tygodnia. Dotyczyło to zarówno

sytuacji w Polsce, jak i największej gospodarki świata - USA. W obu

wypadkach występują podobne zagrożenia, choć na pierwszy rzut oka wydawać by

się mogło, że stan obu rynków pracy jest diametralnie różny. Wystarczy

Reklama
Reklama

spojrzeć na wysokość stopy bezrobocia w Polsce i USA. Różnica jest tak

kolosalna, że porównywanie sytuacji wydaje się karkołomne. Tak, oba rynki

się znacznie różnią, ale z punktu widzenia inwestorów są źródłem tego samego

zagrożenia - presji inflacyjnej, która jest solą w oku lokalnych instytucji

odpowiedzialnych za politykę monetarną.

Zacznijmy od tego, co wydarzyło za się za oceanem. W piątek pojawił się

Reklama
Reklama

raport o stanie amerykańskiego rynku pracy w listopadzie, który w

powszechnej opinii uchodzi za najważniejszą publikację w miesięcznym

kalendarzu pojawiania się danych makro. Jednak zanim się to stało poznaliśmy

kilka innych, nie mniej ciekawych wielkości. Na początku tygodnia pojawiła

się zrewidowana wartość wydajności pracy w III kw. 2006 r. Wg danych

wstępnych wydajność się nie zmieniła, ale zrewidowano te dane do wzrostu o

Reklama
Reklama

0,2%. Wprawdzie oczekiwano rewizji na poziomie +0,4%, ale rynek i tak się za

bardzo nie zmartwił mniejszym wzrostem wydajności, bo nie ona okazała się w

tej publikacji najważniejszą.

Wraz ze zmianą wydajności podawana jest również wartość zmiany jednostkowego

kosztu zatrudnienia. Z sektorze pozarolniczym wyniósł on +2,9%, czyli

Reklama
Reklama

znacznie mniej niż wcześniej szacowano (+5,3%). To była wiadomość dnia, bo

oznaczało to zmniejszenie się presji na wzrost płac, a tym samym na

zmniejszenie siły się jednego z czynników wywołujących presję inflacyjną,

której tak obawiał się Fed. Rynek coraz śmielej i już głośno wspominał o

możliwych cięciach stóp procentowych. Oczywiście jeszcze nie na najbliższych

Reklama
Reklama

posiedzeniach FOMC, ale w pierwszej połowie przyszłego roku. Niewielu już

poważnie myśli o możliwości kolejnej podwyżki stóp procentowych. Rentowność

obligacji 10-letnich spadła poniżej 4,5% do poziomu 4,4%, co już można było

uznać za duże wydarzenie.

Jednak dalsza część tygodnia te gołębie zapędy rynku nieco wyhamowała.

Reklama
Reklama

Najpierw pojawiły się dane o liczbie planowanych zwolnień, która po raz

kolejny była niższa od wartości sprzed roku i to mimo słabości z sektorze

samochodowym. Następnie w środę pojawiły się dane o szacowanym wzroście

liczby miejsc pracy w sektorze przedsiębiorstw prywatnych. Wg szacunków

Automatic Data Processing pojawiło się 158 tys. miejsc pracy. Była to

informacja, która sugerowała, że z rynkiem pracy nie jest wcale tak źle, co

może wpłynąć na poziom prawdopodobieństwa cięcia stóp. Po tej publikacji

rentowność obligacji 10-letnich zaczęła mocniej rosnąć.

Kluczowym wydarzeniem był oczywiście piątkowy raport o stanie rynku pracy, a

zwłaszcza zmiana liczby miejsc pracy w sektorze pozarolniczym. Oficjalne

prognozy mówiły o wzroście tej liczby o ok. 100 tys. Rynek po cichu obawiał

się kolejnej (po październiku) niemiłej niespodzianki, co dało się zauważyć

po wynikach aukcji derywatów ekonomicznych opartych właśnie na cyfrze z

piątkowego raportu. Tu wartości oscylowały między 85, a 92 tys. Faktyczne

dane były lepsze od prognoz, bo wg raportu w sektorze pozarolniczym pojawiło

się ponad 130 tys. miejsc pracy. Dokonano także rewizji danych z poprzednich

miesięcy. Do wzrostu we wrześniu dodano kolejne 50 tys, a wzrost (i tak już

niski) w październiku uszczuplono o ponad 10 tys. Raport okazał się więc

niezły, choć rewelacyjnym go nie można nazwać, gdyż różnica miedzy wartością

oczekiwaną, a faktyczną nie była aż tak wielka. Zwłaszcza w kontekściee rynek stracił animusz z pierwszej części tygodnia. Brak słabego

raportu z rynku pracy sprawia, że możliwość cięcia stóp procentowych się

oddaliła. Tym bardziej jeśli wgryziemy się w liczby.

Okazuje się, że jednym z czynników osłabiających rynek pracy jest osłabienie

całego sektora związanego z obsługą rynku nieruchomości. Szacuje się (gdyż

dane dotyczą różnych gałęzi gospodarki), że w związku z osłabieniem rynku

nieruchomości liczba miejsc pracy spadła o ok. 26 tys. Od marca spadek ten

szacuje się na 150 tys., a do przyszłych wakacji będzie to prawdopodobnie

250 tys. miejsc pracy. Nie są to liczby bagatelne, ale najważniejsze jest

to, że jak na razie nie widać, by problemy związane z rynkiem nieruchomości

przelewały się na resztę gospodarki. Sektor usług ma się dobrze, co pozwala

absorbować tracących pracę w przemyśle.

Niskie rynkowe stopy procentowe sugerują, że na rynku amerykańskim trzeba

się raczej liczyć z możliwością obniżki stóp procentowych. Tymczasem o

takiej możliwości nie ma mowy w komunikatach wychodzących z rezerwy

federalnej. Tu nadal nacisk kładziony jest na występujące ryzyko napięć

inflacyjnych i nadal nastawienie jest jastrzębie. Wynika z tego, że Fed jest

przekonany o chwilowym charakterze obserwowanego w gospodarce osłabienia.

Odwrócona krzywa rentowności sugeruje, że rynek obawia się recesji, a więc

pogłębienia problemów. Kto ma racje? Jest takie stare powiedzenie, które w

tym wypadku wydaje się zasadne przypomnieć, tym bardziej, że jest coraz

częściej powtarzane w komentarzach. "Nie walcz z Fed`em". Wydaje się, że

właśnie m.in. ten czynnik wpływa na ostatnie notowania na rynku długu, gdzie

ceny w piątek spadły podbijając rentowność obligacji.

W kontekście jeszcze niepewnej sytuacji na rynku pacy oraz jej wpływu na

poziom inflacji trwają w Stanach dyskusje na temat możliwości podniesienia

płacy minimalnej. To jeden ze sztandarowych pomysłów wygranych Demokratów.

Pomysłów, który ma spore poparcie i szanse na realizację. Tym bardziej, że w

USA płaca minimalna nie była od wielu lat podnoszona i licząc do 1997 r. jej

realna wartość spadła o ok. 20%. Proponuje się, że wartość płacy minimalnej

podnosić stopniowo (nie jednorazowo, by nie było efektów inflacyjnych) z

obecnych 5,15 dolara za godzinę, do 7,25 dolara za godzinę. Ocenia się, że

negatywny wpływ tej podwyżki na poziom bezrobocia nie będzie zbyt duży, gdyż

jedynie 2,5% zatrudnionych pobiera tak niskie wynagrodzenie (w roku 1979

było to 13%).

Zabawne jest to, że w Stanach rozważa się taką możliwość mówiąc o negatywnym

wpływie na poziom bezrobocia, gdy u nas także pracuje się nad podobnym

rozwiązaniem, ale wspomniany negatywny wpływ na wielkość bezrobocia jest tu

dyskutowany i wymaga się, by był dowodzony. Dzięki podwyżce płacy

minimalnej, zdaniem pomysłodawców, wzrośnie zainteresowanie zatrudnieniem

wśród osób pobierających zasiłek, co ma pomóc w zmniejszeniu bezrobocia.

Uznaje się, że negatywny skutek podwyżki płac w postaci zmniejszenia chęci

zatrudniania osób za płacę minimalną będzie mniejszy. Trudno przejść nad tym

do porządku dziennego.

Można tu wymienić kilka czynników. Po pierwsze, relatywnie niski poziom płac

jest naszym argumentem w globalnej walce konkurencyjnej. Po drugie,

podniesienie płacy minimalnej nie zmieni znacząco poziomu bezrobocia, gdyż i

tak jest on obecnie faktycznie znacznie niższy od wartości oficjalnie

notowanych. Wskazują na to choćby ostatnie problemy pracodawców w

znalezieniu pracowników oraz nasilające się naciski na wzrost płac. Podwyżka

płacy minimalnej tylko jest zdynamizuje, co może mieć negatywne skutki dla

wspomnianej konkurencyjności, ale także moraz z propozycją zmiany płacy

minimalnej nie idą inne propozycje dążące do zmniejszenia obciążenia

pracodawców pozapłacowymi kosztami zatrudniania. Tym samym sprawiają, że

może się nasilać i tak już znaczy poziom patologii w postaci zatrudniania na

czarno.

Ubiegły tydzień przyniósł to, czego nie spodziewała się spora liczba graczy.

Pojawiły się nowe rekordowe poziomy indeksu WIG20 oraz kontraktów na ten

indeks. Mamy dziewicze poziomy, a więc poszukiwania poziomu zatrzymania

wzrostu wydają się ryzykowne. Jeden już osiągnęliśmy, co pokazuje

Wykres_1.gif Jest nim minimalny zasięg po wybiciu z formacji trójkąta. Czy

to zapowiada koniec ruchu? Bynajmniej. To nie osiągnięcie poziomu

potencjalnego oporu sprawia, że można myśleć o spadku, ale dopiero

przełamanie któregoś z ważniejszych wsparć Wykres_2.gif Takich potencjalnych

oporów jest bowiem więcej i nie wiadomo z góry, który będzie tym właściwym.

Stawianie pieniędzy na któryś w nich, to bardziej hazard niż rozważne

gospodarowanie posiadanym kapitałem. Pozwólmy, by rynek sam wskazał nam

moment dogodny do zmiany pozycji. Pesymizm na rynku w chwili bicia rekordów

sugeruje, że będziemy raczej świadkami kreślenia nowych szczytów.

Kamil Jaros

[email protected]

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama