Zwyżka notowań polskich małych i średnich spółek - zależnych bardziej od czynników krajowych niż zagranicznych - sprowadziła na drugi plan wydarzenia na rynkach wschodzących. Tymczasem nie można powiedzieć, że na rynkach tych nic się nie dzieje. Wręcz przeciwnie, przeżywają one ostatnio wzrosty porównywalne z hossą na przełomie ubiegłego i bieżącego roku. Indeks MSCI Emerging Markets wzbił się ponad majowy szczyt, dając tym samym początek nowej fazie długoterminowego trendu wzrostowego. Co więcej, minął okres, w którym rynki wschodzące pozostawały w tyle za rynkami rozwiniętymi.
Półroczna zmiana indeksu MSCI dla rynków wschodzących wynosi obecnie 27 proc. i jest najwyższa od połowy maja. Tymczasem ta sama stopa w przypadku indeksu MSCI dla rynków rozwiniętych zaledwie przekracza 15 proc. W konsekwencji różnica obu stóp wynosi ok. 12 pkt proc. i jest również najwyższa od maja. Nie tak dawno, bo w końcu października, różnica stóp wynosiła minus 8 pkt proc., co obrazuje, jak szybko rynki wschodzące powróciły do mody w ciągu ostatnich kilku tygodni. Czy tak szybka zwyżka nie grozi przypadkiem powtórką czarnego scenariusza z maja i gwałtowną ucieczką kapitałów? Z fundamentalnego punktu widzenia niczego nie można wykluczyć. Z jednej strony, obecna sytuacja różni się zasadniczo od tej z pierwszej połowy roku choćby tym, że podwyżki stóp procentowych w USA odeszły na razie w przeszłość. Z drugiej strony, nie da się przesądzić, czy po okresie szybszego wzrostu, gospodarki rynków wschodzących nie przeżyją spowolnienia w ślad za schłodzeniem koniunktury w USA.
Poza tym, wspomniana półroczna stopa wzrostu indeksu MSCI Emerging Markets w szczytowym momencie w maju wyniosła aż 40 proc., tak więc obecny jej poziom nie jest jeszcze gwarancją załamania trendu wzrostowego. Obawy maleją też po spojrzeniu na wykres rocznej stopy zwrotu, która wynosi na razie 29 proc., wobec ponad 60 proc. tuż przed majowym załamaniem.