Ale się porobiło. Piątkowa sesja na GPW z gwałtownym załamaniem wszystkich indeksów na początku notowań i późniejszym mozolnym, całkowitym (WIG20) odrobieniem strat rozemocjonowała tłumy inwestorów. Wyprodukowała też dziesiątki spiskowych teorii. Faktycznie, przyznaję, świeczka 60-minutowa na wykresie WIG20 z czarnym korpusem o rozpiętości prawie 100 pkt nie jest zjawiskiem normalnym i niezależnie od dalszego przebiegu sesji, będzie odbijać się na nastrojach inwestorów w nadchodzącym tygodniu. Czy słusznie?
Nic się nie stało
Takie bywają emocje giełdowego tłumu, ale w szerszym spojrzeniu na rynek, piątkowe notowania zupełnie o niczym nie przesądzają w dłuższym terminie, szczególnie jeśli spojrzymy na nie z uwzględnieniem faktu wygasania grudniowych kontraktów, co zaburzało notowania w całym tygodniu. Ja jestem zdania, że dynamika i skala piątkowego spadku oraz późniejszego wzrostu bardziej wynikały z marazmu i związanej z tym niepewności na poprzednich siedmiu sesjach, niż z jakiejś rozgrywki największych inwestorów.
Przypomnę, że te poprzednie siedem sesji było trochę chaotyczną konsolidacją w bardzo wąskim zakresie. Wszystko to odbywało się na szczególnym poziomie, gdyż na początku grudnia gwałtownym wzrostem indeks WIG20 pokonał majowe szczyty hossy. Od tego czasu na rynek spłynęło sporo pozytywnych impulsów, z których ostatnie najważniejsze to świetne zachowanie indeksów emerging markets, a do tego w czwartek doszedł kolejny mocny wzrost na amerykańskich parkietach. Jeśli GPW nie reaguje na tak bycze impulsy, i to tuż po pokonaniu szczytów przez najważniejszy z indeksów, to z reguły odpowiedź jest tylko jedna - rynek przestaje być silny i ujawni się to w momencie spłynięcia złych informacji. Ta logika wzięła górę, gdy w piątek znów zabrakło popytu zaledwie kilka punktów pod niedawnym szczytem (intraday) indeksu WIG20.
Powinienem się cieszyć, bo ostatnio pisałem, że poziom majowych szczytów będzie przez WIG20 testowany, a każde wyjście wyżej jest już nadmiernym optymizmem. Ten optymizm został w piątek chwilowo ukarany, ale coraz więcej przekonuje, że na jakiekolwiek głębsze korekty przyjdzie nam jeszcze przynajmniej kilka tygodni poczekać. Rynkowe otoczenie wręcz skłania do dalszego kupna. Zaznaczam przy tym, że mowa o spółkach z WIG20, a nie o tych wchodzących w skład np. MIDWIG-u, bo to zupełnie inna bajka. W tym drugim przypadku mało kto potrafi odpowiedzieć, czy dyskontowanie świetnych wyników na najbliższe kilka czy w przypadku niektórych spółek kilkanaście lat, to wystarczająca premia, czy może granica jest znacznie wyżej?