Mam wrażenie, że gdyby tylko wypadało, super- i hipermarkety, centra handlowe i cała masa modnych, "tanich" miejsc, gdzie można zrobić drogie zakupy, posunęłyby się do urządzenia Wigilii z klientami i śpiewania kolęd razem z autorami płyt wydanych specjalnie z okazji świąt. Okazja to taka sytuacja, w której wydaje się najwięcej na zakupy. Na środku hali stałaby sztuczna choinka obwieszona kiczowatymi bombkami. Każdy klient dostałby wózek, a w nim na papierowym talerzu świątecznego karpia (12,50 zł za porcję), kubek barszczu z proszku i czekoladę mleczną z dodatkiem farby drukarskiej - dla smaku. No i mieszankę wędlin ze specjalnie odświeżonym "zapachem z głębi rzacholeckiego lasu".
Wszyscy jesteśmy narażeni na kontakt z reklamami świątecznymi. Media są pełne bożonarodzeniowych "promocji". Niemożliwe, żebyś nie wiedział o tym, że w hipermarketach z elektroniką są właśnie rekordowe przeceny. Sam pracuję przy Galerii Mokotów - jednym z największych w stolicy siedlisk komercji - i jestem narażony na ataki speców od marketingu. Od samego wejścia natykasz się na pałętających się mikołajów, zaczepi cię dziewczyna przebrana za aniołka. Są też hostessy z Aster przebrane za Indianki czy innych barbarzyńców (na litość boską - dlaczego?), które gotowe są przysiąc, że najlepsze, co możesz zrobić dla swojej rodziny, to kupić pakiet HBO. Oczywiście, w świątecznej cenie.
Każdy ma prawo spędzać święta, tak jak mu się podoba. Z rodziną lub jak najdalej od niej. Wręczając innym kupione w pośpiechu i bez pomysłu prezenty lub po prostu ciesząc się obecnością bliskich osób albo upajając się samotnością i chwilą spokoju po kolejnym zwariowanym roku.
Ale ja chciałem o analitykach. Bogu ducha winnych osobach, które przed świętami proszone są o wydanie jak najmniej skomplikowanych prognoz na cały przyszły rok. Jakby analitycy mieli akurat specjalne predyspozycje do przewidywania przyszłości. Nawet ci, którzy faktycznie mają, używają równie zagmatwanych sformułowań co Nostradamus, tak żeby ostatecznie i tak wyszło na "ich". Ale dziennikarze chcą usłyszeć po prostu "wzrośnie" albo "spadnie", bo tylko tyle zmieści się w notatce upchniętej gdzieś między reklamami proszków na wzdęcia i telefonów komórkowych, z których wyślesz najtańszego SMS-a z życzeniami (który dotrze do odbiorcy kilka dni po Nowym Roku).
Zresztą nawet o najlepszych prognozach, za rok o tej porze, będą pamiętać wyłącznie ich autorzy. Czytelnicy i tak zrobią to, co uważają za słuszne, czyli kupią. Zapamiętani zostaną głównie ci autorzy, którzy się pomylą albo jeśli powiedzą "wzrośnie, ale?" (tego, co następuje po ale, nikt już nie usłyszy), a rynek spadnie. Taki analityk zostanie zapamiętany na długo i będzie lżony przy każdej okazji na forach internetowych.