odbudować posilnej przecenie jaka pojawiła się w maju i czerwcu. Ta
odbudowa była już jednak cherlawa. Zapewne wszyscy pamiętamy wzrosty na
często małych obrotach, które skutecznie podważały tezę o sile rynku.
Owszem, ceny rosły i popyt cały czas miał przewagę, ale jej wielkość nie
była już tak miażdżąca. Jasnym tego dowodem okazał się grudzień ub. r. To
właśnie tego miesiąca doszło do ataku na majowe szczyty. Różnica stylów
rzucała się w oczy, ale póki ceny były wysoko, trudno było negować sam
fakt rekordów.
Szydło wyszło z worka dość szybko. Druga połowa miesiąca sprawiła, że ceny
ponownie znalazły się pod poziomem majowego szczytu. Na wykresie cen
kontraktów widać jeszcze było wahanie się blisko jego poziomu, ale to
tylko dlatego, że doszło do zamiany serii i wykres był nieco przekłamany.
Wykres indeksu ( Wykres_1.gif ) nie był obciążony tą wadą, a tu powrót pod
majowy szczyt był już wyraźny. Ten powrót sprawił, że jeszcze przed
Świętami pojawiły się warunki do tego, by poważnie rozważyć zamknięcie
długich pozycji utrzymywanych w średnim terminie.
O zmianie kierunku trendu za wcześnie było mówić. Nie należało zapominać,
że do tej pory niepodzielnie przez wiele lat rządził popyt i na razie
jeden tydzień spadków nie mógł tego zmienić. Należało poczekać na
potwierdzenie wstępnego sygnału słabości byków. Tym sygnałem jest właśnie
ostzasadnione. Właściwie już teraz można powiedzieć, że w
średnim terminie trend uległ zmianie na spadkowy, ale z szacunku dla hossy
warto poczekać na potwierdzenie tej tezy, a będzie nim zejście pod poziom
listopadowych dołków. Wtedy posiadane krótkich pozycji powinno być już w
miarę bezpieczne.
Co do długiego terminu to jeszcze nie stawiałbym kreski na byczym obozie.
Spadek cen, jaki może mieć teraz miejsce nie musi bowiem wcale oznaczać
(choć i tego nie można wykluczyć) początku wielkiej bessy. Może być to
bowiem kolejne wahnięcie w ramach wielkiej długoterminowej konsolidacji,
jaka zbudowała się nad poziomem 2500 pkt. Nie można też zapominać o
wewnętrznej linii trendu długoterminowego, która już wielokrotnie była
istotnym poziomem zatrzymania się cen ( Wykres_2.gif ). Te dwa fakty
sprawiają, że na razie oczekiwany poziom przeceny to w tej chwili okolice
2700-2750 pkt. Oczywiście pod warunkiem, że uda się zejść pod dołki z
ostatniego listopada. Nie jest wykluczone, że spadek przybierze większy
rozmiar, ale to już pokaże nam sam rynek.
Dziś sporo uwagi poświęciłem technicznej stronie analizy rynku choć
oczywiście nie brak i innych argumentów za tym, by oczekiwać na głębszą
przecenę. Pierwszym z brzegu jest choćby sytuacja na rynku surowcowym.
Coraz głębsza przecena miedzi szybko znajduje odzwierciedlenie w wycenie
KGH. Spółka notowana jest w tej chwili po ok. 80 zł, a trzeba pamiętać, że
jej rekord to 137 zł. Ropa w tej chwili także nie jest naszym
sprzymierzeńcem, bo spadek jej ceny przekłada się na sytuację w naszych (i
nie tylko, bo nie można zapominać o MOL) rafineriach. Inna sprawa, że
właśnie słabość tych spółek była przyczyną wspomnianej wyżej
rachityczności wzrostu rynku. Teraz rynek silny był dzięki bankom i od
nich w tej chwili zależy, jak sobie dalej będziemy radzić. Paradoksalnie
można przypuszczać, że przecena miedzi i ropy powoli będzie wyhamowywać i
tu tkwi szansa na to, że rynek nie wejdzie jeszcze w fazę długoterminowej
bessy.
Co do banków to można postawić pytanie, jak będą sobie radziły banki w
sytuacji rosnących stóp procentowych? Gospodarka pędzi. Pojawiają się
kolejne rewizje poprzednich prognoz dotyczących dynamiki PKB w IV kw. 2006
roku. Teraz już bez większych wątpliwości mówi się o 6% wzrostu. Czy w
takich warunkach można myśleć o bessie? Myśleć nawet trzeba, choć nie
koniecznie jako o najpoważniejszym scenariuszu. Na razie rynek wydaje się
nieco przegrzany. Wzrost z drugiej połowy 2006 roku był na wyrost i pewnie
teraz przyjdzie nam za to zapłacić. Przecena nie musi jednak trwać długo i
mieć katastrofalnych rozmiarów. Wiele zależy od tego, jak będzie
zachowywać się inflacja, a zatem jakie działania będą podejmowane przez
władze monetarne. Tu oczywiście wypływa temat nowego szefa NBP, ale o tym
niżej. W tej chwili można przyjąć, że stopy procentowe lokat nadal
pozostają niskie i ich ewentualna podwyżka o pół punktu procentowego
niewiele tu zmieni. Zatem miłość Polaków do funduszy inwestycyjnych, jaka
objawiła się w ubiegłym roku raczej szybko nie osłabnie. Klienci funduszy
nie są w stanie złapać szczytu rynku. W pewnym sensie, to rola
zarządzających.
Pojawienie się w tym tygodniu kandydata na nowego prezesa NBP to drugi, po
słabości samego rynku, czynnik, który będzie miał znaczenie w średnim i
długim terminie. Zaproponowanie Sławomira Skrzypka jest zaskakujące, czemu
dało wyraz już wielu ekonomistów, więc trudno tu powtarzać ich argumenty.
Należy przypuszczać, że mimo tej burzy Pan Skrzypek zastąpi Leszka
Balcerowicza. Niestety zamiana ta nie rokityki monetarnej zmalały w stosunku
do tego, co było to tej pory. Wielką niewiadomą pozostają plany Pana
Skrzypka dotyczące kadry banku, a jej ewentualna wymiana może mieć
bezpośredni wpływ na wymowę dokumentów wytwarzanych przez NBP, jak choćby
projekcji inflacji. Czas rozwieje wątpliwości, choć poziom ryzyka
inwestycji wzrasta.
Kamil Jaros
[email protected]