Reklama

Weekendowa Analiza Futures

Publikacja: 07.01.2007 17:38

Kamil Jaros

Można się założyć, że niewielu z obserwatorów przypuszczało, że pierwszy

tydzień roku 2007 będzie tak ważny dla rynków, a w szczególności giełdy

warszawskiej. Widać to było jeszcze we wtorek, gdy przy braku notowań w

USA, w oczekiwaniu na "efekt stycznia" i resztką szampańskich nastrojów

Reklama
Reklama

popyt w szybkim tempie podniósł rynek. Po takiej sesji pojawiły się nawet

przypuszczania, że czaka nas wkrótce atak na szczyty.

Te oczekiwania miały jednak pewną wadę. Problemem była niska aktywność na

sesji, która kazała do tej zwyżki podchodzić z rozwagą i nie budować na

jej podstawie zbyt optymistycznych prognoz. Dalsza część tygodnia

potwierdziła te obawy. Nie tylko nie doszło do ataku na szczyty hossy, ale

Reklama
Reklama

w czwartek ceny dynamicznie spadły. Piątek miał być dniem odpoczynku, ale

stało się inaczej i ponownie rynek poddał się przecenie. W efekcie

pierwszy tydzień stycznia nie tylko nie zakończył się wzrostem cen, który

mógłby zapowiadać powtórkę mocnego początku 2006 roku, ale stawia pod

znakiem zapytania możliwość pojawienia się wzrostu w całym miesiącu.

Wprawdzie skala przeceny względem końcówki grudnia nie jest znacząca i

Reklama
Reklama

potencjalnie jest szansa na poprawę sytuacji byków, to jednak nie skala

przeceny jest tu ważna, ale moment jej pojawienia się. Ten nie jest już

zupełnie bez znaczenia i w tej chwili raczej sugeruje większą szansę

powiększenia dorobku niedźwiedzi niż pojawienia się udanego kontrataku

byków. Do takiego rozkładu szans skłania mnie kilka przesłanek. O części

Reklama
Reklama

pisałem już przed tygodniem, więc nie będę w szczegółach się powtarzać. Na

tej "czarnej liście" poczesne miejsce zajmuje negatywny układ zmian cen i

wielkości obrotów, który właściwie miał miejsce przez cały ubiegły rok.

Taka sytuacja nie wskazuje na to, że mamy w tej chwili do czynienia ze

zdrowym rynkiem.

Reklama
Reklama

Nie wskazuje też tego porównanie stylu zwyżki, jaka miała miejsce w

okresie jesień 2005-wiosna 2006 ze stylem zwyżki z drugiej połowy roku

2006. Nie trzeba być wielkim znawcą by widzieć, że oba okresy różnią się

dynamiką zmian cen, a tym samym różnią przewagą popytu w obu okresach.

Dzięki przewadze jaką miał popyt na początku roku udało się rynkowi

Reklama
Reklama

odbudować posilnej przecenie jaka pojawiła się w maju i czerwcu. Ta

odbudowa była już jednak cherlawa. Zapewne wszyscy pamiętamy wzrosty na

często małych obrotach, które skutecznie podważały tezę o sile rynku.

Owszem, ceny rosły i popyt cały czas miał przewagę, ale jej wielkość nie

była już tak miażdżąca. Jasnym tego dowodem okazał się grudzień ub. r. To

właśnie tego miesiąca doszło do ataku na majowe szczyty. Różnica stylów

rzucała się w oczy, ale póki ceny były wysoko, trudno było negować sam

fakt rekordów.

Szydło wyszło z worka dość szybko. Druga połowa miesiąca sprawiła, że ceny

ponownie znalazły się pod poziomem majowego szczytu. Na wykresie cen

kontraktów widać jeszcze było wahanie się blisko jego poziomu, ale to

tylko dlatego, że doszło do zamiany serii i wykres był nieco przekłamany.

Wykres indeksu ( Wykres_1.gif ) nie był obciążony tą wadą, a tu powrót pod

majowy szczyt był już wyraźny. Ten powrót sprawił, że jeszcze przed

Świętami pojawiły się warunki do tego, by poważnie rozważyć zamknięcie

długich pozycji utrzymywanych w średnim terminie.

O zmianie kierunku trendu za wcześnie było mówić. Nie należało zapominać,

że do tej pory niepodzielnie przez wiele lat rządził popyt i na razie

jeden tydzień spadków nie mógł tego zmienić. Należało poczekać na

potwierdzenie wstępnego sygnału słabości byków. Tym sygnałem jest właśnie

ostzasadnione. Właściwie już teraz można powiedzieć, że w

średnim terminie trend uległ zmianie na spadkowy, ale z szacunku dla hossy

warto poczekać na potwierdzenie tej tezy, a będzie nim zejście pod poziom

listopadowych dołków. Wtedy posiadane krótkich pozycji powinno być już w

miarę bezpieczne.

Co do długiego terminu to jeszcze nie stawiałbym kreski na byczym obozie.

Spadek cen, jaki może mieć teraz miejsce nie musi bowiem wcale oznaczać

(choć i tego nie można wykluczyć) początku wielkiej bessy. Może być to

bowiem kolejne wahnięcie w ramach wielkiej długoterminowej konsolidacji,

jaka zbudowała się nad poziomem 2500 pkt. Nie można też zapominać o

wewnętrznej linii trendu długoterminowego, która już wielokrotnie była

istotnym poziomem zatrzymania się cen ( Wykres_2.gif ). Te dwa fakty

sprawiają, że na razie oczekiwany poziom przeceny to w tej chwili okolice

2700-2750 pkt. Oczywiście pod warunkiem, że uda się zejść pod dołki z

ostatniego listopada. Nie jest wykluczone, że spadek przybierze większy

rozmiar, ale to już pokaże nam sam rynek.

Dziś sporo uwagi poświęciłem technicznej stronie analizy rynku choć

oczywiście nie brak i innych argumentów za tym, by oczekiwać na głębszą

przecenę. Pierwszym z brzegu jest choćby sytuacja na rynku surowcowym.

Coraz głębsza przecena miedzi szybko znajduje odzwierciedlenie w wycenie

KGH. Spółka notowana jest w tej chwili po ok. 80 zł, a trzeba pamiętać, że

jej rekord to 137 zł. Ropa w tej chwili także nie jest naszym

sprzymierzeńcem, bo spadek jej ceny przekłada się na sytuację w naszych (i

nie tylko, bo nie można zapominać o MOL) rafineriach. Inna sprawa, że

właśnie słabość tych spółek była przyczyną wspomnianej wyżej

rachityczności wzrostu rynku. Teraz rynek silny był dzięki bankom i od

nich w tej chwili zależy, jak sobie dalej będziemy radzić. Paradoksalnie

można przypuszczać, że przecena miedzi i ropy powoli będzie wyhamowywać i

tu tkwi szansa na to, że rynek nie wejdzie jeszcze w fazę długoterminowej

bessy.

Co do banków to można postawić pytanie, jak będą sobie radziły banki w

sytuacji rosnących stóp procentowych? Gospodarka pędzi. Pojawiają się

kolejne rewizje poprzednich prognoz dotyczących dynamiki PKB w IV kw. 2006

roku. Teraz już bez większych wątpliwości mówi się o 6% wzrostu. Czy w

takich warunkach można myśleć o bessie? Myśleć nawet trzeba, choć nie

koniecznie jako o najpoważniejszym scenariuszu. Na razie rynek wydaje się

nieco przegrzany. Wzrost z drugiej połowy 2006 roku był na wyrost i pewnie

teraz przyjdzie nam za to zapłacić. Przecena nie musi jednak trwać długo i

mieć katastrofalnych rozmiarów. Wiele zależy od tego, jak będzie

zachowywać się inflacja, a zatem jakie działania będą podejmowane przez

władze monetarne. Tu oczywiście wypływa temat nowego szefa NBP, ale o tym

niżej. W tej chwili można przyjąć, że stopy procentowe lokat nadal

pozostają niskie i ich ewentualna podwyżka o pół punktu procentowego

niewiele tu zmieni. Zatem miłość Polaków do funduszy inwestycyjnych, jaka

objawiła się w ubiegłym roku raczej szybko nie osłabnie. Klienci funduszy

nie są w stanie złapać szczytu rynku. W pewnym sensie, to rola

zarządzających.

Pojawienie się w tym tygodniu kandydata na nowego prezesa NBP to drugi, po

słabości samego rynku, czynnik, który będzie miał znaczenie w średnim i

długim terminie. Zaproponowanie Sławomira Skrzypka jest zaskakujące, czemu

dało wyraz już wielu ekonomistów, więc trudno tu powtarzać ich argumenty.

Należy przypuszczać, że mimo tej burzy Pan Skrzypek zastąpi Leszka

Balcerowicza. Niestety zamiana ta nie rokityki monetarnej zmalały w stosunku

do tego, co było to tej pory. Wielką niewiadomą pozostają plany Pana

Skrzypka dotyczące kadry banku, a jej ewentualna wymiana może mieć

bezpośredni wpływ na wymowę dokumentów wytwarzanych przez NBP, jak choćby

projekcji inflacji. Czas rozwieje wątpliwości, choć poziom ryzyka

inwestycji wzrasta.

Kamil Jaros

[email protected]

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama