Reklama

Problemy na przełomie roku

Właściwie już teraz można powiedzieć, że w średnim terminie trend zmienił się na spadkowy. Z szacunku dla wieloletniej hossy warto jednak poczekać na potwierdzenie tej tezy, czyli spadek pod poziom listopadowych dołków

Publikacja: 08.01.2007 09:45

Można się założyć, że niewielu obserwatorów przypuszczało, że pierwszy tydzień 2007 roku będzie tak ważny dla rynków, a w szczególności giełdy warszawskiej. Widać to było jeszcze we wtorek, gdy przy braku notowań w USA, w oczekiwaniu na "efekt stycznia" i reszcie szampańskich nastrojów, popyt w szybkim tempie podniósł rynek. Po takiej sesji pojawiły się nawet przypuszczania, że czeka nas wkrótce atak na szczyty.

Te oczekiwania miały jednak pewną wadę. Problemem była niska aktywność na sesji, która kazała do tej zwyżki podchodzić z rozwagą i nie budować na jej podstawie zbyt optymistycznych prognoz. Dalsza część tygodnia potwierdziła te obawy. Nie tylko nie doszło do ataku na szczyty hossy, ale w czwartek ceny dynamicznie spadły. Piątek miał być dniem odpoczynku, ale stało się inaczej i ponownie rynek poddał się przecenie. W efekcie pierwszy tydzień stycznia nie tylko nie zakończył się wzrostem cen, który mógłby zapowiadać powtórkę mocnego początku 2006 roku, ale stawia pod znakiem zapytania możliwość pojawienia się wzrostu w całym miesiącu.

Ważny jest moment

pojawienia siź przeceny

Wprawdzie skala przeceny względem końcówki grudnia nie jest znacząca i potencjalnie jest szansa na poprawę sytuacji byków, to jednak nie skala przeceny jest tu ważna, ale moment jej pojawienia się. Ten nie jest już zupełnie bez znaczenia i w tej chwili raczej sugeruje większą szansę powiększenia dorobku niedźwiedzi niż pojawienia się udanego kontrataku byków. Do takiego rozkładu szans skłania mnie kilka przesłanek. O części pisałem już przed tygodniem, więc nie będę w szczegółach się powtarzać. Na tej "czarnej liście" poczesne miejsce zajmuje negatywny układ zmian cen i wielkości obrotów, który właściwie miał miejsce przez cały ubiegły rok. Taka sytuacja nie wskazuje na to, że mamy do czynienia ze zdrowym rynkiem.

Reklama
Reklama

Nie wskazuje też tego porównanie stylu zwyżki, jaka miała miejsce w okresie jesień 2005-wiosna 2006 ze stylem zwyżki z drugiej połowy 2006 roku. Nie trzeba być wielkim znawcą, by widzieć, że oba okresy różnią się dynamiką zmian cen, a tym samym różnią przewagą popytu w obu okresach. Dzięki przewadze, jaką miał popyt na początku roku, udało się rynkowi odbudować po silnej przecenie, jaka pojawiła się w maju i czerwcu. Ta odbudowa była już jednak cherlawa. Zapewne wszyscy pamiętamy wzrost na często małych obrotach, który skutecznie podważał tezę o sile rynku. Owszem, ceny rosły i popyt cały czas miał przewagę, ale jej wielkość nie była już tak miażdżąca. Jasnym tego dowodem okazał się grudzień ubiegłego roku. To właśnie wtedy doszło do ataku na majowe szczyty. Różnica stylów rzucała się w oczy, ale póki ceny były wysoko, trudno było negować sam fakt rekordów.

Raz na górze, raz na dole

Szydło wyszło z worka dość szybko. Druga połowa miesiąca sprawiła, że ceny ponownie znalazły się pod poziomem majowego szczytu. Na wykresie cen kontraktów widać było jeszcze wahanie się blisko jego poziomu, ale to tylko dlatego, że doszło do zamiany serii i wykres był nieco przekłamany. Wykres indeksu (patrz: wykres 1) nie był obciążony tą wadą, a tu powrót pod majowy szczyt był już wyraźny. Ten powrót sprawił, że jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia pojawiły się warunki do tego, by poważnie rozważyć zamknięcie długich pozycji utrzymywanych w średnim terminie.

O zmianie kierunku trendu za wcześnie było mówić. Nie należało zapominać, że do tej pory niepodzielnie przez wiele lat rządził popyt i na razie jeden tydzień spadków nie mógł tego zmienić. Należało poczekać na potwierdzenie wstępnego sygnału słabości byków. Tym sygnałem jest właśnie ostatni tydzień. Fakt, że popyt zdołał podnieść ceny tylko w dniu, gdy na rynku nie było większej aktywności, a gdy ta się pojawiła, był zdecydowanie w defensywie, nie świadczy dobrze o kondycji kupujących. Tym samym oczekiwanie, że teraz będzie w stanie szybko odbudować swoją pozycję, wydaje się nieuzasadnione. Właściwie już teraz można powiedzieć, że w średnim terminie trend zmienił się na spadkowy, ale z szacunku dla hossy warto poczekać na potwierdzenie tej tezy. A będzie nim zejście pod poziom listopadowych dołków. Wtedy posiadane krótkich pozycji powinno być już w miarę bezpieczne.

Co do długiego terminu, to jeszcze nie stawiałbym kreski na byczym obozie. Spadek cen, jaki może mieć teraz miejsce, nie musi bowiem wcale oznaczać (choć i tego nie można wykluczyć) początku wielkiej bessy. Może być to bowiem kolejne wahnięcie w ramach wielkiej długoterminowej konsolidacji, jaka zbudowała się nad poziomem 2500 pkt. Nie można też zapominać o wewnętrznej linii trendu długoterminowego, która już wielokrotnie była istotnym poziomem zatrzymania się cen (patrz: wykres 2). Te dwa fakty sprawiają, że na razie oczekiwany poziom przeceny to w tej chwili okolice 2700-2750 pkt. Oczywiście pod warunkiem, że uda się zejść pod dołki z ostatniego listopada. Nie jest wykluczone, że spadek przybierze większy rozmiar, ale to już pokaże nam sam rynek.

Sporo uwagi poświęciłem technicznej stronie analizy rynku, choć oczywiście nie brak i innych argumentów za tym, by oczekiwać na głębszą przecenę. Pierwszym z brzegu jest choćby sytuacja na rynku surowcowym. Coraz głębsza przecena miedzi szybko znajduje odzwierciedlenie w wycenie KGHM. Spółka notowana jest teraz po około 80 zł, a trzeba pamiętać, że jej rekord to 137 zł. Ropa w tej chwili także nie jest naszym sprzymierzeńcem, bo spadek jej ceny przekłada się na sytuację w naszych (i nie tylko, bo nie można zapominać o MOL) rafineriach. Inna sprawa, że właśnie słabość tych spółek była przyczyną rachityczności wzrostu rynku. Teraz rynek silny był dzięki bankom i od nich w tej chwili zależy, jak sobie dalej będziemy radzić. Paradoksalnie można przypuszczać, że przecena miedzi i ropy powoli będzie wyhamowywać i tu tkwi szansa na to, że rynek nie wejdzie jeszcze w fazę długoterminowej bessy.

Reklama
Reklama

Miłość Polaków

do TFI szybko nie osłabnie

Można postawić pytanie, jak będą sobie radziły banki w sytuacji rosnących stóp procentowych? Gospodarka pędzi. Pojawiają się kolejne rewizje poprzednich prognoz dotyczących dynamiki PKB w IV kwartale 2006 roku. Teraz już bez większych wątpliwości mówi się o 6 proc. wzrostu. Czy w takich warunkach można myśleć o bessie? Myśleć nawet trzeba, choć niekoniecznie jako o najpoważniejszym scenariuszu. Na razie rynek wydaje się nieco przegrzany. Wzrost z drugiej połowy 2006 roku był na wyrost i pewnie teraz przyjdzie nam za to zapłacić. Przecena nie musi jednak trwać długo i mieć katastrofalnych rozmiarów. Wiele zależy od tego, jak będzie zachowywać się inflacja, a zatem jakie działania będą podejmowane przez władze monetarne. W tej chwili można przyjąć, że stopy procentowe lokat nadal pozostają niskie i ich ewentualna podwyżka o pół punktu procentowego niewiele zmieni. Zatem miłość Polaków do funduszy inwestycyjnych, jaka objawiła się w ubiegłym roku, raczej szybko nie osłabnie. Klienci funduszy nie są w stanie złapać szczytu rynku. W pewnym sensie to rola zarządzających.

Nowy szef NBPPojawienie się w tym tygodniu kandydata na nowego prezesa NBP to drugi, po słabości samego rynku, czynnik, który będzie miał znaczenie w średnim i długim terminie. Zaproponowanie Sławomira Skrzypka jest zaskakujące, czemu dało wyraz już wielu ekonomistów. Należy przypuszczać, że mimo tej burzy Sławomir Skrzypek zastąpi Leszka Balcerowicza. Niestety, zamiana ta nie najlepiej wróży realizacji zadań stawianych polityce pieniężnej. Już teraz Sławomir Skrzypek nie jest uznawany za autorytet i można się obawiać, że jego nominacja zostanie odebrana jako ograniczenie suwerenności banku centralnego. Można śmiało założyć, że szanse na zaostrzenie polityki monetarnej zmalały w stosunku do tego, co było do tej pory. Wielką niewiadomą pozostają plany Skrzypka dotyczące kadry banku, a jej ewentualna wymiana może mieć bezpośredni wpływ na wymowę dokumentów przygotowywanych przez NBP, jak choćby projekcji inflacji. Czas rozwieje wątpliwości, choć poziom ryzyka inwestycji wzrasta.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama