Nie wskazuje też tego porównanie stylu zwyżki, jaka miała miejsce w okresie jesień 2005-wiosna 2006 ze stylem zwyżki z drugiej połowy 2006 roku. Nie trzeba być wielkim znawcą, by widzieć, że oba okresy różnią się dynamiką zmian cen, a tym samym różnią przewagą popytu w obu okresach. Dzięki przewadze, jaką miał popyt na początku roku, udało się rynkowi odbudować po silnej przecenie, jaka pojawiła się w maju i czerwcu. Ta odbudowa była już jednak cherlawa. Zapewne wszyscy pamiętamy wzrost na często małych obrotach, który skutecznie podważał tezę o sile rynku. Owszem, ceny rosły i popyt cały czas miał przewagę, ale jej wielkość nie była już tak miażdżąca. Jasnym tego dowodem okazał się grudzień ubiegłego roku. To właśnie wtedy doszło do ataku na majowe szczyty. Różnica stylów rzucała się w oczy, ale póki ceny były wysoko, trudno było negować sam fakt rekordów.
Raz na górze, raz na dole
Szydło wyszło z worka dość szybko. Druga połowa miesiąca sprawiła, że ceny ponownie znalazły się pod poziomem majowego szczytu. Na wykresie cen kontraktów widać było jeszcze wahanie się blisko jego poziomu, ale to tylko dlatego, że doszło do zamiany serii i wykres był nieco przekłamany. Wykres indeksu (patrz: wykres 1) nie był obciążony tą wadą, a tu powrót pod majowy szczyt był już wyraźny. Ten powrót sprawił, że jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia pojawiły się warunki do tego, by poważnie rozważyć zamknięcie długich pozycji utrzymywanych w średnim terminie.
O zmianie kierunku trendu za wcześnie było mówić. Nie należało zapominać, że do tej pory niepodzielnie przez wiele lat rządził popyt i na razie jeden tydzień spadków nie mógł tego zmienić. Należało poczekać na potwierdzenie wstępnego sygnału słabości byków. Tym sygnałem jest właśnie ostatni tydzień. Fakt, że popyt zdołał podnieść ceny tylko w dniu, gdy na rynku nie było większej aktywności, a gdy ta się pojawiła, był zdecydowanie w defensywie, nie świadczy dobrze o kondycji kupujących. Tym samym oczekiwanie, że teraz będzie w stanie szybko odbudować swoją pozycję, wydaje się nieuzasadnione. Właściwie już teraz można powiedzieć, że w średnim terminie trend zmienił się na spadkowy, ale z szacunku dla hossy warto poczekać na potwierdzenie tej tezy. A będzie nim zejście pod poziom listopadowych dołków. Wtedy posiadane krótkich pozycji powinno być już w miarę bezpieczne.
Co do długiego terminu, to jeszcze nie stawiałbym kreski na byczym obozie. Spadek cen, jaki może mieć teraz miejsce, nie musi bowiem wcale oznaczać (choć i tego nie można wykluczyć) początku wielkiej bessy. Może być to bowiem kolejne wahnięcie w ramach wielkiej długoterminowej konsolidacji, jaka zbudowała się nad poziomem 2500 pkt. Nie można też zapominać o wewnętrznej linii trendu długoterminowego, która już wielokrotnie była istotnym poziomem zatrzymania się cen (patrz: wykres 2). Te dwa fakty sprawiają, że na razie oczekiwany poziom przeceny to w tej chwili okolice 2700-2750 pkt. Oczywiście pod warunkiem, że uda się zejść pod dołki z ostatniego listopada. Nie jest wykluczone, że spadek przybierze większy rozmiar, ale to już pokaże nam sam rynek.
Sporo uwagi poświęciłem technicznej stronie analizy rynku, choć oczywiście nie brak i innych argumentów za tym, by oczekiwać na głębszą przecenę. Pierwszym z brzegu jest choćby sytuacja na rynku surowcowym. Coraz głębsza przecena miedzi szybko znajduje odzwierciedlenie w wycenie KGHM. Spółka notowana jest teraz po około 80 zł, a trzeba pamiętać, że jej rekord to 137 zł. Ropa w tej chwili także nie jest naszym sprzymierzeńcem, bo spadek jej ceny przekłada się na sytuację w naszych (i nie tylko, bo nie można zapominać o MOL) rafineriach. Inna sprawa, że właśnie słabość tych spółek była przyczyną rachityczności wzrostu rynku. Teraz rynek silny był dzięki bankom i od nich w tej chwili zależy, jak sobie dalej będziemy radzić. Paradoksalnie można przypuszczać, że przecena miedzi i ropy powoli będzie wyhamowywać i tu tkwi szansa na to, że rynek nie wejdzie jeszcze w fazę długoterminowej bessy.