Wracam późno do biura po spotkaniu z klientem. Moja asystentka czeka na mnie, abym mógł jej podyktować kolejny felieton. Zbliża się koniec pracy i godzina powrotu do domu. Sprawdzam e-mail i już widzę zniecierpliwienie na jej twarzy. Mimo to uśmiecha się do mnie. Rozumiemy się bez słów - czas przerwać moje bujanie w obłokach i zabrać się do pracy. Zaczynamy. Mamy już pewien rytuał. Kiedy siadamy przy stole, najpierw milczę, potem ona pyta: "Masz temat?". Jeśli odpowiadam "tak", cały tekst układam jednym ciągiem. 15 minut i już wszystko będzie załatwione. A moja asystentka zdąży na umówione spotkanie.
Mam temat. Myślę o nim od trzech tygodni. Od obiadu z prezesem dużej instytucji finansowej wciąż przekładam i mieszam w głowie moje myśli o energii.
Przez większą część spotkania rozmawialiśmy o energii. Tłumaczył mi, że lider powinien wnosić energię do swojego zespołu i że ciągle potrzebuje regeneracji własnych baterii. Mówił, że z wiekiem zrozumiał, jak ważne jest ładowanie swoich baterii i jak trudno to robić przy wielu zajęciach. Zauważył, jak stres potrafi niszczyć, że nawet prezes, który wygląda na niezniszczalnego, pełnego sił, wizji, przekonań, niewykazującego żadnych wahań czy słabości, może nagle pęknąć i załamać się bezpowrotnie. Podał mi przerażającą listę takich przypadków w polskim świecie finansów.
Jak temu zapobiec? Ma swoją receptę: hobbystycznie trenuje zespół juniorów siatkówki. Nawet z pewnym sukcesem międzynarodowym. Siedząc w szortach na ławce, zapomina o roli poważnego szefa instytucji finansowej. Powiedział mi:
- Myślałem, że nauczę ich praktycznego podejścia do planowania zajęć, gospodarowania zasobami, ustalania celów na podstawie swoich doświadczeń biznesowych. A okazuje się, że mając do czynienia z mistrzowskim sportem, to ja uczę się zasad kierowania zespołem. Zwykle poznaję bardzo dawno opracowywane zasady gry zespołowej i dochodzenie do zwycięstwa, o których w biznesie kompletnie zapomnieliśmy. Na przykład: są mecze, które trwają tylko godzinę, a zespół razem z trenerem wychodzi po nich bardzo zmęczony. Ale są też mecze 3-4-godzinne, po których wszyscy czują się świeżo, jak po porannej kąpieli. Nie chodzi o to, czy wygrywamy, czy nie. To wszystko zależy od energii, która powstaje między członkami zespołu. Kiedy każdy dużo z siebie daje, ale od innych dostaje jeszcze więcej. Energia rośnie. Jakby z niczego pojawia się nowe jej źródło.