Sytuacja WIG20 nie przedstawia się najlepiej. Przecena na rynkach wschodzących, spadające ceny ropy, niepewność co do trwałości odbicia cen miedzi - to czynniki zewnętrzne, które ciągną indeks blue chips w dół. W konsekwencji WIG20 znajduje się najniżej od połowy listopada, i podobnie jak w 2005 r., zamiast tradycyjnego efektu stycznia mamy niechęć inwestorów do akcji dużych spółek. Co więcej, można mówić nie tylko o wstrzymywaniu się graczy z zakupami, ale o coraz bardziej widocznej presji podaży. Świadczą o tym wczorajsze pokaźne obroty. Średnioterminowy trend spadkowy może się utrzymać, mimo że w warunkach silnego wyprzedania łatwo będzie o przejściowe odbicie. Mamy z nim już zresztą do czynienia w przypadku miedzi i KGHM. Wsparcia dla WIG20 można upatrywać w dwóch dołkach z listopada (3092 pkt i 3120 pkt). Ważny - nie tylko z psychologicznego punktu widzenia - wydaje się też poziom 3000 pkt. To właśnie w tej okolicy przebiega obecnie średnia krocząca z 250 sesji. Można ją uznać za wskaźnik długoterminowej hossy.

Kiepska kondycja WIG20 wyraźnie kontrastuje z podnoszącymi się z upadku notowaniami średnich spółek. MIDWIG znalazł się wczoraj na poziomie najwyższym od połowy grudnia. Jego siła relatywna względem WIG20 zbliża się do ostatniego szczytu. To sygnał, że "średniaki" mają szansę znowu wypadać znacznie lepiej niż duże spółki. Nie są one tak narażone na czynniki zewnętrzne, a nawet po części zyskują na spadkach cen surowców.

Tańsza miedź i ropa mogą pogrążyć zyski KGHM i koncernów paliwowych, ale z drugiej strony, pomogą wielu mniejszym firmom. Można się spodziewać, że kres sile średniaków przyniesie dopiero spowolnienie gospodarcze. W takich warunkach zawsze bezpieczniejsze okazują się inwestycje w ustabilizowane blue chips. Problem polega na tym, że obecnie nie widać sygnałów, by taki punkt zwrotny miał być kwestią najbliższej przyszłości. Nawet jeżeli spadające ceny surowców są sygnałem spowolnienia gospodarki światowej, to wpływ tych tendencji na nasz rodzimy rynek akcji może być opóźniony.