Nic nie wskazuje na to, by inwestorzy zagraniczni zaczęli lepiej postrzegać rynki wschodzące Europy. Jak wynika z danych UniCredit CA IB, globalny kapitał szerokim łukiem omija ostatnio te kraje, podczas gdy chętnie inwestuje na innych rynkach wschodzących. W ciągu dwóch pierwszych tygodni tego roku globalne fundusze ulokowały na emerging markets 3,5 mld USD, jednak środki te trafiają głównie do Azji i Ameryki Południowej. Tymczasem z rynków wschodzących Europy odpłynęło w tym samym czasie 150 mln USD.

Potwierdzeniem tej niechęci globalnych inwestorów jest względnie słabe zachowanie indeksów akcji w naszym regionie. Najlepszym dowodem był ostatni krach rosyjskiego RTS. Także jednak w innych przypadkach sytuacja nie wygląda najlepiej. Węgierski BUX znajduje się od lata ub.r. w trendzie, który tylko z formalnego punktu widzenia można nazwać wzrostowym. Indeks nie był dotąd w stanie nawet zbliżyć się do szczytu z maja ub.r. Roczna stopa zwrotu waha się na poziomie kilkunastu procent, podczas gdy w okresie najlepszej koniunktury, na jesieni 2005 r. roczne tempo wzrostu przekraczało 90 proc.

Najgorzej wiedzie się rynkowi tureckiemu. Indeks ISE100 tkwi na tym samym poziomie od sierpnia ub.r. i ani myśli powracać do ubiegłorocznego maksimum. W przeciwieństwie do innych rynków, w Turcji majowy krach do dnia dzisiejszego wywiera piętno na notowaniach. Nie ma szczególnych powodów, by sądzić, że najbliższa przyszłość zmieni tę sytuację. Część analityków wskazywała tureckie akcje jako szczególnie atrakcyjne już w połowie ub.r., tłumacząc to tym, że skoro zostały najbardziej przecenione na tle innych rynków, to stały się relatywnie tanie. Jak widać problem polega na tym, że zmiana nastawienia globalnych graczy może zająć dużo czasu. To także nie najlepsze wieści dla naszego rodzimego rynku. WIG20 co prawda znajduje się w trendzie wzrostowym, ale w ciągu ostatnich miesięcy jest on co chwila przerywany korektami.