Rynki wschodzące wykazują ostatnio zdumiewającą odporność na wszelkie negatywne czynniki, które teoretycznie powinny uderzyć szczególnie właśnie w nie. Kursy akcji na tych rynkach bez trudu zniosły falę wyprzedaży surowców. O ile jeszcze spadające od dawna notowania miedzi mają dość wybiórczy wpływ na tę grupę krajów, o tyle przecena ropy naftowej powinna już mieć zdecydowanie silniejszy wpływ na koniunkturę giełdową. Tymczasem rynki wschodzące zdają się ignorować te niekorzystne dla nich zjawiska.

Podobnie sprawa wygląda, jeśli chodzi o rosnącą rentowność amerykańskich obligacji. Od początku grudnia dochodowość tych papierów podskoczyła z ok. 4,4 proc. do prawie 4,8 proc. Im bardziej są one atrakcyjne, tym teoretycznie gorzej dla bardziej ryzykownych rynków wschodzących. Tymczasem i w tym przypadku inwestorzy zdają się nie przywiązywać wagi do narastających negatywnych czynników. Jest niemal pewne, że w którymś momencie zależność między indeksami rynków wschodzących a rentownością obligacji, a zwłaszcza cenami surowców, zostanie przywrócona. Niewiadomą jest, czy przywrócenie tej zależności nastąpi poprzez spadek kursów akcji, czy może poprzez zwyżkę cen surowców. Ten drugi scenariusz wydaje się na krótką metę dość realny, gdyż ceny surowców osiągnęły już silne wyprzedanie.

Zastanawiające są szczególnie perspektywy amerykańskich obligacji. Być może rynki wschodzące oceniają ostatni wzrost rentowności jako nietrwały. Na razie faktycznie nie widać czynników, które przemawiałyby za podwyżkami stóp procentowych w USA, a tylko to mogłoby na dłuższą metę pchnąć w górę dochodowość obligacji. Wzrost stóp nie jest jednak obecnie scenariuszem zupełnie nierealnym. Amerykańska gospodarka gładko radzi sobie z kryzysem na rynku nieruchomości, który w ub.r. był postrzegany jako czynnik grożący recesją. Skoro tak, to kiedy ten kryzys minie, odbicie koniunktury może wymusić z czasem wzrost stóp.