Bank centralny, największy polski bank detaliczny, koncerny paliwowe - w polskiej gospodarce zachodzą głębokie zmiany. Przynajmniej personalne.

Umarł król, niech żyje król - taką brutalną dewizą zdają się kierować inwestorzy, nie tylko giełdowi. Ci ostatni stosują ją jednak w praktyce - najczęściej kurs spółki, w której odwołano prezesa czy zarząd, w reakcji na przetasowania... rośnie. Kto nie wierzy, niech sprawdzi. Dzieje się tak nierzadko nawet wtedy, gdy odchodzący menedżer jest postrzegany jako kompetentny, a jego działania - jako właściwe.

Nie znam się na psychologii inwestowania, ale sądzę, że kluczowe znaczenie ma tutaj nadzieja. Nadzieja, że nowe znaczyć będzie lepsze - przynajmniej trochę lepsze. I czasem tak właśnie jest. Ale nadzieja bywa też wyrodną matką.

Po wtóre, w dobrze "ułożonej" spółce wszystko - przynajmniej przez jakiś czas - działa bez zarzutu bez względu na przetasowania na szczytach władzy. I inwestorzy to wiedzą. Dyrektorzy, kierownicy, szefowie pionów - to w gruncie rzeczy w ich rękach są losy przedsiębiorstwa.

Ale. I to nie jest "ale" mało znaczące. Jest też dłuższa perspektywa. Jeśli dylemat polega na tym, czy mieć dobrego prezesa, czy swojego, to warto na to patrzeć strategicznie. Nie pod kątem tego, "kto", ale raczej "jak". Jeśli ktoś dobrze pracuje, to przecież tym samym pracuje na sukces spółki, jej właścicieli i swoich mocodawców. Banki, koncerny paliwowe i energetyczne są, być może, samograjami. Biznes niemal sam się kręci, a zyski płyną szerokim strumieniem. Ale zyski, zwłaszcza w dłuższym okresie, mogą być większe lub mniejsze. Także polityczne.