Jak to zwykle bywa w poniedziałek inwestorzy powstrzymali się z podejmowaniem decyzji i jedynie przyglądali się biegowi wydarzeń. Swoją drogą, nie było się czemu przyglądać. Tu nie chodzi nawet o niską aktywność, co można było zaobserwować po niewielkim obrocie i średniej wartości zlecenia, ale także rzucała się w oczy niewielka zmienność cen. Tylko na początku notowań byliśmy nieco oddaleni od poziomu piątkowego zamknięcia, ale jeszcze przed południem ta różnica została zniwelowana i pozostałą część dnia spędziliśmy na niewielkich wahaniach raz nad, raz pod poziomem poprzedniej końcówki.
Notowania rozpoczęły się dość nisko, co było efektem piątkowej przeceny na rynku miedzi. Pomni poprzednich miesięcy, gdy nasz rynek poruszał się niemal dokładnie w rytm zachowania się cen na rynkach surowcowych, inwestorzy obawiali się, że KGHM na to zareaguje, co zepsuje nastroje na całej sesji. Stało się inaczej. Reakcja ceny koncernu miedziowego na osłabienie ceny miedzi była niewielka, a przez większość sesji spółka odnotowywała nawet plusy. Skoro paniki nie było, to kurs kontraktów wzrósł korygując swój zbyt pesymistyczny początek sesji. Reszta jest już znana.
Z technicznego punktu widzenia na wczorajszej sesji nic się nie wydarzyło, a skoro nic się nie wydarzyło, to nadal obowiązujące są wnioski sprzed weekendu. O ile nieudany atak na rekordy może martwić, to jeszcze nie trzeba rwać włosów z głowy. Warto pamiętać, że poziomy wsparcia pozostają nienaruszone, a to w tej chwili jest najważniejszą informacją. Nie ma podstaw do zmiany oceny możliwych zmian cen. Na rynku nadal przewagę ma popyt, a podaż nadal pozostaje bierna. Zatem należy oczekiwać na zwyżkę, gdyż ona obecnie jest najbardziej prawdopodobna.
Zmiana powyższego nastawienia pojawi się dopiero, gdy zaczną padać wsparcia. Jak widać na wykresie, do takiej sytuacji sporo nam brakuje. Przypomnijmy, że za najbliższe poważniejsze wsparcie można uznać lokalny dołek, jaki ceny wykreśliły 26 stycznia br. Póki nie zostanie on pokonany, nie wypada myśleć o grze na spadek cen. W końcu aż tak bardzo od szczytu się nie oddaliliśmy. Takie myśli wynikałyby raczej z chciejstwa (czy jak kto woli "nosa"), a nie faktycznej analizy stanu rynku. Owszem, istnieją przesłanki za spadkiem cen, ale skoro sam rynek nie chce na razie spadać, to trzeba je odłożyć na półkę.